SALA

SALA

SALA

Mówiono o tym miejscu: Sala Tronowa. Nikt jej nie wymierzył, ale przejście przez główne drzwi aż do końca zajmowało zwykle kilka godzin. Gdyby przechodzień zadarł głowę do góry, zobaczyłby, że sklepienie łączyły łuki wyglądające jak pręgi mięśni.

Każda z par drzwi znajdujących się w bocznych nawach prowadziła do innego miejsca. Przestrzeń za drzwiami 217 była nieco inna niż ta za 218. Mógł to być jeden drobny szczegół, jak kolor polnego kwiatu na łące, a równie dobrze łączka mogła zniknąć podczas rozbłysków Wielkich Grzybów.

Mówiono, że nie należy zbyt długo przechadzać się po Sali Tronowej, a to przez wielkiego kraba, który ponoć pożera nieroztropnych podróżników. Gdyby jednak nie spotkali po drodze potwora i mieli odwagę przejść aż do samego końca Sali, znaleźliby się przed gigantycznym, połyskującym tworem tysiącletniej inżynierii. Mówiono na to: Trapezohedron.

Raz na jakiś czas któreś z drzwi wysuwały się ze swojego miejsca i jechały na szynach tak długo, aż stanęły przy Trapezohedronie. Wtedy kanty bryły rozbłyskiwały czerwienią.

*

Wielki Budowniczy był dumny ze swojego dzieła. Czterysta tysięcy niewolników przez prawie dwa pokolenia stawiały kamień po kamieniu, aż Wieża Babel, najwyższy ziggurat, mógł zostać poświęcony czterogłowej Matce. Władca uśmiechał się lekko, gdy strącano po schodach bezgłowe trupy. Z wiader wylewano krew dla uświęcenia wypolerowanych głazów. Dzieło było gotowe.

Z kącików ust władcy spełzł uśmiech, gdy wielkie, dziwne czarne monolity zawisły nad zigguratem. Rozbłysły czerwienią i stopiły ludzi, kamień i powietrze w jednolitą, szklistą masę.

*

Drzwi z numerem 20 odjeżdżały na swoje miejsce. Brakowało im jednego elementu – klamki.