Domek dla żab

Domek dla żab

Domek dla żab

Wakacje u babci.

Biały domek gęsto przybrany małymi okienkami; dębowe okiennice popychane przez wiatr, skrzypiące leniwie jakby z pretensją i ogród pełen barwnych kwiatów. Zapach skoszonej trawy, aromat babcinego placka, kruszejącego pod przykryciem na kuchennym parapecie. Stare trampki do małych przygód i kalosze do tych nieco większych. Brukowana ścieżka między tujami, a za nią dziwne drzwi, których nie wolno otwierać.

Po dwóch dniach ulewy obuty w kalosze ruszyłem brukiem w poszukiwaniu przygody. Gumowe podeszwy ślizgały się na mokrych kamieniach, z nasiąkniętych gałęzi skapywały chłodne krople, celując wprost za mój kołnierz. Podszedłem ostrożnie do chatki na końcu dróżki. Tata mówił, że to domek dla żab. Domek z niepasującym dachem opartym na dwóch belkach. Przyłożyłem ucho do starych desek, ale nie usłyszałem niczego. Spróbowałem zajrzeć do środka. Tylko troszeczkę, bo drzwi były ciężkie, rozchylane do góry i przecież nie wolno było mi ich otwierać. Trzymając nad sobą sękate skrzydło, zaglądnąłem do wnętrza głębokiej dziury. Podeszwa kalosza przejechała po zatopionej w kałuży trawie. Drzwi wepchnęły mnie do środka. Wpadłem do zimnej wody. Słyszałem krzyk babci. Później było tylko cicho, zimno i ciemno.

Czekałem.

Czekałem tak długo, aż ktoś znowu się odezwał. Wołał mnie jakiś pan. Wołał mnie po imieniu. Nie znałem jego głosu. Przyszedł do mnie z uśmiechem na twarzy. Dziadek. Nigdy nie poznałem swojego dziadka, widziałem go tylko na zdjęciach. Dziadek otarł mi łzy, wziął za rękę i bez słowa zabrał do miejsca pełnego śmiechów, ciepła i światła. A ja? Wcale się nie bałem. Uśmiechałem się razem z nim.