#JejHistoria

Coming out

#JejHistoria

– Karolina, wiesz, gdzie jest moja biała koszula?

– Skarbie, nie mam pojęcia. Sprawdź na suszarce w łazience.

– Okejka!

Udałam się do łazienki. Koszula wisiała tam, gdzie zasugerowała mi starsza kopia mnie. Ściągnęłam swoją zgubę. Była już sucha, ale wymagała wyprasowania. Od razu zabrałam się do pracy.

To był wyjątkowy dzień. Dzisiaj miałam zawieźć swoje dokumenty na Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Zdałam wszystkie egzaminy wstępne i znalazłam się w gronie dwudziestu czterech wybrańców przyjętych na malarstwo. Ponadto miałam przetransportować już część swoich rzeczy do akademika, w którym miałam już zagwarantowany pokój. Byłam bardzo szczęśliwa, bo moje marzenie wreszcie stało się rzeczywistością.

Mój pokój nigdy nie przypominał pokoju przeciętnej nastolatki. Zamiast plakatów idolów muzycznych wisiały na ścianach kopie obrazów, np. „Słoneczniki” Vincenta van Gogha czy „Trwałość pamięci” Salvadora Dali – oczywiście wszystkie wykonane przeze mnie. Stolik dzienny był gęsto zastawiony farbami, a na biurku zostawiłam wczoraj paletę i różne rodzaje pędzli. Na środku stała sztaluga, na której znajdowało się moje niedokończone dzieło – widok roztaczający się tuż za ostatnim domem na mojej wsi.  Ta przestrzeń była dla mnie inspiracją przez wzgląd na malownicze krajobrazy i wszechobecną ciszę.

Mimo że miejsce mojego zamieszkania bardzo mi się podobało i byłam z nim emocjonalnie związana, to chciałam z niego wyjechać. Bardzo. Dlaczego? Możliwości rozwoju i pełni szczęścia upatrywałam w dużym mieście – to była dla mnie wielka szansa...

– Zrobiłam jajecznicę!

Karolina, najwspanialsza mama na świecie, zawsze bardzo o mnie dbała. Doskonale wiedziała, że kiedy się denerwuję, potrafię nie jeść nic przez cały dzień i układam niestworzone scenariusze tego, co może się wydarzyć. Była też moją przyjaciółką, która jako jedna z nielicznych osób na tym globie, wiedziała o mnie praktycznie wszystko.

Ubrałam koszulę, która idealnie komponowała się z ciemnymi spodniami z wysokim stanem. Przeczesałam miedziane włosy i uplotłam z nich misterny, gęsty warkocz, który opadał delikatnie na plecy. Po kontrolnym rzuceniu okiem na swój wizerunek stałam się nieco pewniejsza siebie.

– Wszystko będzie w porządku – powiedziałam do swojego odbicia, puszczając do niego nieśmiałe oczko.

Zeszłam na dół. Na parterze unosił się cudowny zapach jajecznicy ze szczypiorkiem.

– Marysiu, jedz, bo wystygnie – powiedziała perfekcyjna pani domu, nalewając do szklanki świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy. – A nie możesz jechać głodna, bo jeszcze mi zemdlejesz!

– Mamo, chyba bardziej denerwujesz się ode mnie – odparłam rozbawionym głosem i zabrałam się za śniadanie.

– A dziwisz się? Moja córcia ma szansę zostać artystką. Coś takiego nie dzieje się codziennie.

– Po pierwsze to są dopiero studia i do bycia malarką z prawdziwego zdarzenia jeszcze mi daleko. Dużo pracy przede mną. A po drugie nawet  nie zaczęłam chodzić na zajęcia...

– Dostałaś się, a to już jest wielki sukces! – przerwała mi z wielkim uśmiechem na twarzy. – A poza tym z takim nazwiskiem jesteś skazana na sukces.

I za to ją ceniłam. W każdej sytuacji potrafiła żartować i uśmiechać się niczym anioł. Nawet jeśli była to sytuacja beznadziejna, z której ja nie widziałam żadnego wyjścia.

– Stryjeńska[1] – zaśmiałam się, chociaż ręce nieznacznie mi drżały ze stresu. – Ty to wiedziałaś, o jaki talent dla mnie poprosić.

– Poszłam na całość – odparła figlarnie.

Wiedziałam, kim chcę być w przyszłości, kiedy mama kupiła mi pod choinkę pierwszą paletę i zestaw farb. Nie chciałam być piosenkarką, aktorką, a nawet księżniczką jak moje koleżanki – ja marzyłam o zostaniu malarką. Kiedy dowiedziałam się, że dobrze zdałam maturę, to nie miałam problemu z wyborem dalszej drogi życiowej.

– A o której umówiłaś się z Werką?

– Wstępnie na ósmą, ale miała mi jeszcze napisać SMS-a – odparłam, szukając telefonu.

Był w tylnej kieszeni spodni. Odblokowałam ekran i rzuciłam okiem na powiadomienia.

 

„Hejka! Będę o ósmej ;)

Wero”

 

– Zaraz będzie – powiedziałam, odkładając komórkę na blat.

 W tym momencie rozległ się dzwonek do drzwi. Chciałam wstać.

– Siadaj. Ja otworzę – powiedziała mama, ściągając fartuszek.

Wróciłam do konsumpcji jajecznicy.

– Cześć, piękna!

Przyszła. Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Weronika przytuliła mnie, całując mój policzek.

– Już myślałam, że nie przyjdziesz – odparłam, udając poważną.

– Coś ty, głuptasie! Obiecałam, że z tobą pojadę, to pojadę. Na mnie zawsze możesz liczyć.

Dlaczego była dla mnie tak ważną osobą – zawsze blisko i wtedy, gdy jej potrzebowałam.

– Dziewczynki, pojechałabym z wami, ale nie chcę wam robić tej całej siary – powiedziała mama, wkładając naczynia do zmywarki.

Weronika uwielbiała moją mamę i ze wzajemnością.

– Jakiej siary? Po prostu byś nas przyćmiła swoją urodą! – odrzekła oburzona Werka.

–  Dokładnie. Nie chciałam tego mówić, bo wyszłaby moja mroczna strona narcystycznej osobowości.

Wszystkie wybuchłyśmy gromkim śmiechem.

Bardzo podobało mi się to, że tak dobrze dogadywały się ze sobą. Moja mama uważała, że najważniejsze jest to, żebym była szczęśliwa i akceptowała wszystkie moje wybory, które do tego dążyły. Gdyby tylko wszyscy byli tacy jak ona, to świat byłby o niebo lepszy.

– Weźcie sobie coś do picia. Jeszcze mi się odwodnicie.

– Jasne, jasne. Nasza artystka pewnie się stresuje, więc ja będę myśleć za obie osoby.

– Jak dobrze, że Marysia cię ma. O wiele łatwiej będzie mi się pogodzić jej wyjazdem.

– W sumie to naszym wyjazdem...

– Halo, ja tu nadal jestem. Nie rozmawia się o obecnych – przerwałam cukierkową wymianę zdań.

– Po prostu matce trudno zaakceptować to, że jej dziecko wybywa z gniazda – odparła Karolina, ocierając nieistniejące łzy. – Dobra, dziewuszki. Zbierajcie się, bo się spóźnicie. Ja też powoli już wybywam do pracy. Podrzucić was, czy chcecie się przejść?

Wymieniłyśmy z Weroniką spojrzenia i telepatycznie podjęłyśmy decyzję.

– Ładna dziś pogoda. Przejdziemy się.

– Jasne. Uważajcie na siebie i bawcie się dobrze – odparła i zaczęła pakować lunch do pracy.

Wróciłam na górę i sprawdziłam, czy mam w torbie wszystkie potrzebne mi rzeczy. Dowód, legitymacja, ksero dokumentów, portfel, walizka. Tak, chyba to wszystko.

Zeszłam na dół. Weronika czekała na mnie przy drzwiach wyjściowych z torbą podróżną.  Wyglądała tak pięknie z rumieńcami na twarzy, a jej czarne włosy pachniały zawsze jagodami. Uśmiechnęła się serdecznie, kiedy mnie zobaczyła.

– Masz wszystko? – zapytała.

– Jesteś ty, więc tak – odparłam, dźgając ją żartobliwie w brzuch.

Zarumieniła się jeszcze bardziej, kiedy pocałowałam ją w usta. Jej oddech był ciepły i delikatny, a każda chwila bliskości z nią upewniała mnie w tym, że ją kocham.

Złapałam ją za rękę i chciałam już wychodzić, gdy zatrzymała mnie. Rzuciłam jej zirytowane spojrzenie.

– Marysia, chciałabym, ale wiesz, że jeszcze nie teraz...

– Wiem – odparłam niezadowolona.

Była zmieszana. Widziałam, że targają nią różne emocje.

– Chyba pamiętasz, co było z Luizą...

 

***

 

To był chłodny, zimowy dzień – początek ferii zimowych. Miałam na głowie przygotowania do matury. Codziennie robiłyśmy arkusze z matematyki z Weroniką. Ona nie miała problemów z tym przedmiotem, bo była umysłem ścisłym, a ja – niekoniecznie. Wtedy umówiłyśmy się na siedemnastą u mnie. Chciałam zrobić na niej dobre wrażenie i ugotować coś dobrego. Postawiłam na babkę ziemniaczaną z cukinią. Mama przywiozła mi wczoraj z miasta wszystkie składniki. Brakowało tylko ziemniaków. Na naszej wsi mieliśmy tylko jeden sklep niedaleko kapliczki, więc czekał mnie półgodzinny spacer w obie strony. Ubrałam kurtkę, szalik, czapkę i rękawiczki. Miałam nadzieję, że eskimoski styl mnie nie zawiedzie i nie zamarznę po drodze.

Szłam powoli, bo nie chciałam przewrócić się na lodzie. Było ślisko, a u nas w wiosce zabitej dechami nie dało się uświadczyć porządnego chodnika, a już nikt nawet nie marzył o odśnieżarce. Minęłam mikroskopijny, drewniany kościół i skręciłam w lewo.

Sklepik „U Agusi” wyglądał bardzo przeciętnie. Można go przyrównać do ABC, które odwiedzałam w miasteczku prawie codziennie w drodze do szkoły. Chociaż trzeba przyznać, że u nas asortyment był nieco uboższy.

Kiedy weszłam do środka, usłyszałam oburzone głosy:

– Słyszałaś to? Taki wstyd. Ja bym nie pokazała się ludziom na ulicy!

– Niesłychane. Kto ci o tym powiedział, Krystyna?

– Jak to kto? Ta Banasiukowa, co mieszka obok przystanku.

– A skąd ona wie, że to prawda?

– Synek jej mówił, bo od kolegi z klasy słyszał.

– Ohyda. Jak tak można? A tak ich lubiłam...

Zostałam zauważona. Dwie kobiety w podeszłym wieku, które nie wiedziały, jak powinny się w tym momencie zachować. Szybko ucięły temat, a pani Aga przywitała mnie ze swoim wyuczonym uśmiechem:

– Dzień dobry. Co podać, serdeńko?

– Dzień dobry. Kilogram ziemniaków poproszę – odparłam, próbując odwzajemnić uśmiech.

Sprzedawczyni podała mi worek, zapłaciłam, pożegnałam się i skierowałam się w stronę wyjścia. Jeszcze mimochodem usłyszałam, jak kobiety kontynuowały poprzedni wątek rozmowy:

– Dla mnie to jest nienormalnie. W dupie się poprzewracało i tyle...

 

***

 

O umówionej porze pojawiła się u mnie Weronika. Czarne kosmyki jej włosów były pokryte cienką warstwą śniegu, który dość intensywnie prószył za oknem. Pełne policzki były zaróżowione z zimna, a jej haczykowaty nosek wyglądał uroczo. Zawsze na niego narzekała, że jest krzywy i chciałaby go zmienić, ale według mnie był idealny. Pokazała mi dość spory pakunek, który trzymała pod pachą. Miała ze sobą teczkę pełną arkuszy maturalnych.

– A co tu tak ładnie pachnie? – zapytała, zanim zdążyłam jęknąć z przerażenia na widok sterty papieru, który miałam tego wieczora zapisać niezrozumiałymi dla mnie ciągami cyfr, liter i tajemniczych znaków.

– Zobaczysz. Niespodzianka – odparłam, pomagając jej ściągnąć płaszcz.

Przeszłyśmy do salonu. Weronika rozkładała potrzebne rzeczy na stole, a ja przygotowywałam jedzenie. Z dumą wniosłam danie-niespodziankę. Wyszła idealnie – tak jak chciałam.

– Ojej, jakie to wspaniałe! – zapiszczała z radości. – Ty to mnie rozpieszczasz.

Byłyśmy ze sobą od prawie roku. Z czasem emocje dość szybko opadają i ludziom nie chce się starać już tak bardzo, jak na początku. U nas było inaczej. Im dłużej byłyśmy razem, tym bardziej ją kochałam i chciałam się starać jeszcze więcej i więcej.

– Szkoda tylko, że musimy się ukrywać... – dodała ze smutną miną.

Położyłam jej rękę na ramieniu.

– Werka, jeszcze troszkę. Mnie też to denerwuje, ale musimy poczekać – powiedziałam, próbując ją pocieszyć. – W ogóle to byłam dzisiaj w sklepie i słyszałam, jak Aga i Kryśka o czymś namiętnie dyskutowały, a jak weszłam, to nagle ucichły i udawały, że nie rozmawiały. Pewnie znowu Kowalski kupił sobie nowy samochód i przeżywają – dodałam z nieco zniesmaczoną miną, bo nienawidziłam fałszywości ludzi, którzy byli moimi sąsiadami.

Wzdrygnęła się nagle tak, jakby sobie o czymś ważnym przypomniała i chciała szybko się tym ze mną podzielić.

– Ja wiem, o czym rozmawiały – odparła.

– O czym albo o kim?

– O Luizie.

– O Luizie? Co ona im takiego zrobiła? – zapytałam zdziwiona.

– Bo Luiza... Luiza jest lesbijką i ostatnio przyznała się do tego Paulinie...

Patrzyłam na nią, a ona na mnie. Widziałam, jak bardzo była smutna.

– I co z tego? – zapytałam.

– Nic nie rozumiesz?

Po moim spojrzeniu wywnioskowała, że rozumiem, ale nie dopuszczam tego do swojej świadomości.

– Wiesz, jak u nas jest. Mała wieś. Wszyscy wszystko o sobie wiedzą. A poza tym ona teraz nie ma życia. Sama słyszałam, jak mama rozmawiała z Mikołowską. Luiza jest bardzo krytykowana...

Nadal nic nie powiedziałam. Czułam pustkę, w której powoli pojawiał się gniew. Przecież to prywatna sprawa Luizy, kto jej się podoba i z kim chciałaby spędzić życie. Nikomu tym nie zrobiłaby żadnej krzywdy.

– Marysia – powiedziała Weronika, wyrywając mnie z zamyślenia. – Musimy poczekać przynajmniej do wyjazdu na studia...

 

***

 

Byłam już nieco spóźniona. W porządku – byłam bardzo spóźniona. Biegłam tak szybko, jak tylko byłam w stanie, żeby zdążyć na końcowy sprawdzian z polskiego. Zależało mi na zdaniu wszystkich przedmiotów tak, żebym czas przed maturą mogła poświęcić tylko do nauki do niej.

Na przystanku znajdowało się kilka osób, z którymi zwykle jeździłam do miasta o tej porze. Te same twarze. Codziennie. Pani Teresa, pan Zbyszek z bujnym wąsem, Baśka i Ela z mojej klasy, Ulka i Bartek z równoległej. A nieco na uboczu stała Luiza. Miała głowę spuszczoną w dół. Nie widziałam jej twarzy, bo jasna grzywka ją zasłaniała. Przyglądała się chyba swoim butom. Wiedziałam, że nie ma odwagi spojrzeć nikomu w oczy. Tak było od momentu, kiedy cała wieś dowiedziała się o jej orientacji.

– Współczuję jej rodzicom. Taki wstyd...

– Dla mnie to nie po bożemu...

Pani Teresa wraz z panem Zbyszkiem szeptali do siebie i łypali nieprzyjemnie w stronę Luizy.

– Źle ją wychowali. To tylko moje zdanie.

– I w kościele co niedzielę niby są.

– A prawda, prawda. Teraz im się to całe bogactwo odbija. Wolę mieć mniej, ale żeby moje dzieci normalne były. Tomek ma dziewuszkę ze wsi obok. Sympatyczna taka. A Ania spotyka się z tym Maćkiem od Polczyków. I tak powinno być. Po bożemu.

Wzdrygnęłam się. To ci sami ludzie, którzy nie opuścili w życiu żadnej mszy ani nabożeństwa.

Właśnie podjechał spóźniony autobus. Nigdy nie przyjaźniłam się z Luizą. Chodziła do innej klasy i znałam ją bardzo pobieżnie. Wiedziałam o niej tylko tyle, że wygrywała zawsze wszystkie olimpiady matematyczne i wyróżniała się tym, że potrafiła władać biegle dwoma językami obcymi. Kiedy weszłam do środka i chciałam zająć miejsce, zauważyłam, że dziewczyna nie wsiadła. Spojrzała tylko smutno w kierunku wejścia, odwróciła się i ruszyła w stronę domu.  

 

***

 

– Moja córka nie będzie chodzić z dziewczyną, która może sprowadzić ją na złą drogę. Nie życzę sobie tego!

– Pani Wysocka, nie mogę tak po prostu jej wyrzucić. Poza tym Luiza jest jedną z naszych najlepszych uczennic i nie mam żadnych podstaw do tego, żeby to zrobić – odparł dyrektor.

– Powiedziałam już coś chyba, prawda? Przychodzę tutaj jako głos wszystkich rodziców...

– Niech pani posłucha. Więcej podstaw do wydalenia z tej placówki mam w stosunku do pani córki, Kasi. To ona spożywała alkohol na terenie szkoły. A Luiza nie zrobiła nic przeciwko regulaminowi i zasadom. Mam kuratorium nad sobą. To nie jest takie proste...

– To była inna sytuacja. Młodzież pije. Namówili moją córkę. Podstawy są! Oj, są. Ta Luiza to psychiczna wariatka. Jeszcze sprowadzi na złą drogę innych uczniów!

– Rozumiem pani oburzenie. Jednak trzeba mieć powód. Jeśli on się znajdzie, to na pewno wydalę ze szkoły Luizę. Na ten moment nie jestem w stanie niczego pani obiecać – odpowiedział, otwierając drzwi gabinetu. – Jeśli to wszystko, to pozwoli pani, że zajmę się swoimi obowiązkami.

Kobieta wstała i wyszła bez słowa.

 

***

 

Studniówka. Wspaniały czas dla wszystkich. Nie mogłyśmy się doczekać z Weroniką na tę chwilę. Nikt nie podejrzewał nas o bycie lesbijkami, ponieważ dobrze to ukrywałyśmy. Sprawiałyśmy wrażenie serdecznych przyjaciółek, którymi byłyśmy od wczesnego dzieciństwa. Nie było nawet podejrzane to, że obie szłyśmy bez partnerów. Zawsze powtarzałyśmy, że wyjeżdżamy na studia do miasta, które znajduje się jednak dalej od naszej okolicy i byłoby nam trudno utrzymywać związki na odległość. Wszyscy wierzyli. Tylko życie w ukryciu było dla nas nieco trudne. Czasem zazdrościłam Luizie, że nie musi dusić w sobie prawdziwego ja, ale z drugiej strony bardzo jej współczułam tego, jak ten odważny krok został przyjęty przez otoczenie.

– Ślicznie wyglądasz, kochanie.

Mama była wniebowzięta. Wspierała mnie w każdym momencie mojego życia i zawsze mi powtarzała, że mam być sobą, a wtedy będę naprawdę szczęśliwa.

– Dziękuję – odparłam, wygładzając ciemną, koronkową sukienkę.

– Zróbcie sobie z Werką ładne zdjęcia. Będzie pamiątka.

 

***

 

– Dzień dobry – powiedziałam, wchodząc do samochodu.

– Cześć, Marysia – odparł ojciec mojej ukochanej.

– Hej – powiedziała Weronika i pocałowała mnie.

Jej rodzice dowiedzieli się o nas tak jak moja mama. Spodziewałyśmy się bardziej zaściankowej reakcji, ale nic takiego nie miało miejsca. Zaskoczyli nas bardzo pozytywnie. Co prawda byli troszkę w szoku, ale trwało to bardzo krótko. Wiedzieli, jak nam na sobie zależy i z czasem w pełni to zaakceptowali.

– To kierunek, impreza życia – zaśmiał się.

 

***

 

Sala była już pełna. Wraz z Weroniką udałyśmy się w poszukiwaniu swoich partnerów polonezowych. Byłam bardzo zestresowana tańcem. Nigdy nie byłam w tym dobra. Miałam tylko nadzieję, że nie padnę na ziemię jak kłoda.

– Będzie dobrze. Rób to, co ćwiczyliśmy na próbach – powiedział Krzysiek, chcąc mnie pocieszyć.

– W razie czego tańcz beze mnie, gdybym gdzieś po drodze się zgubiła – odpowiedziałam.

Zachichotał.

Wszyscy ustawiali się już do poloneza, który miał się niebawem zacząć. Rozejrzałam się wokół. Weronika była w pierwszej parze z racji tego, że poruszała się z niezwykłą gracją. Pomachała do mnie. Jednak szukałam wzrokiem kogoś innego – Luizy. Nigdzie jej nie widziałam. To było niemożliwe, żeby nie przyszła. Była bardzo zaangażowana w organizację tej imprezy. Można powiedzieć, że dzięki niej wszystko zostało dopięte na ostatni guzik.

Melodia poloneza zaczęła roznosić się po sali i na chwilę zapomniałam o koleżance, ponieważ musiałam się skupić na tym, żeby się nie potknąć.

 

***

 

Impreza dobiegła końca. Świetnie się bawiłyśmy. DJ był miał bardzo dobry kontakt z biorącymi udział w zabawie. Jedzenie smakowało mi i nie spodziewałam się, że mamy w okolicy tak dobrą restaurację. Martwiło mnie jednak to, że przez cały ten czas nigdzie nie widziałam Luizy. Pytałam nawet kilka osób, gdzie ona mogła się podziewać, ale nikt nie miał pojęcia. Podobno wychowawczyni dostała informację w ostatniej chwili, że dziewczyna zachorowała.

Nie wierzyłyśmy w to z Weroniką. Jeszcze tego samego dnia Weronika rozmawiała z nią o tym, w co się ubierze. To było niemożliwe.

– Słyszałam, że przed studniówką była jakaś awantura – powiedziała Ewa.

– Co? Jaka awantura? – zapytałam zdziwiona.

Miałam złe przeczucia.

– Luiza była w komitecie organizacyjnym, więc przyjechała wcześniej, żeby sprawdzić, czy wszystko jest gotowe. A ona jest... wiecie...

– Tak, tak, wiemy. I co dalej? – ponaglała ją niecierpliwie Wera.

– I przyszli Dąbrowscy. A wiecie, jacy oni są...

Zerknęłam na wspomnianych dryblasów. Byli totalnie pijani i zachowywali się tak, jakby pierwszy raz wyszli z domu.

Ewa kontynuowała swój wywód:

– Podobno ją wyzywali od psychopatek i świrusek. Mówili, że miejsce dla takich jak ona nie jest wśród normalnych ludzi...

Nie wierzyłam w to, co właśnie usłyszałam. To brzmiało jak jakiś tandetny scenariusz do filmu edukacyjnego, którego celem jest pokazanie, jak nie należy się zachowywać.

– I ona powiedziała, że nie będzie na studniówce, skoro nie jest mile widziana...

– Nie zatrzymałaś jej? Dlaczego nikomu o tym nie powiedziałaś?

– Luiza mi zabroniła. Nie chciała innym psuć zabawy... A poza tym jest zawieszona i chyba wyrzucą ją ze szkoły...

Teraz już wiedziałam, dlaczego Ewa przez całą imprezę siedziała w kącie i nie chciała się bawić. Miała wyrzuty sumienia. Poczułam, jak narasta we mnie nieokreślony gniew. Zawieszona? Wyrzucą ją? Luiza poświęciła bardzo dużo czasu na zorganizowanie studniówki i żyła tym od kilku miesięcy, a w konsekwencji nawet nie mogła z tego skorzystać, bo banda nieudaczników miała jakiś problem z jej orientacją. Przed coming outem[2] Luiza była powszechnie bardzo lubiana. Dąbrowscy ją wręcz ubóstwiali, a szczególnie jeden z nich – starszy, Patryk, który podobno chciał się z nią spotykać. Wszystko nagle się zmieniło przez to, że dziewczyna nie chciała już dłużej się ukrywać...

 

***

 

– Dzień dobry. Jest może Luiza?

– Dzień dobry. Nie, Luizy nie ma. Pojechała z ojcem do miasta. Będzie wieczorem. Powiem jej, że pytałaś o nią, Marysiu.

Widziałam po jej matce, że źle znosi sytuację we wsi. Byłam chyba jedną z niewielu osób, które od dawna pojawiły się w ich domu.

– Dobrze. Niech koniecznie się do mnie odezwie. Do widzenia.

 

***

 

W niedzielę wybrałyśmy się jak co tydzień z Weroniką do kościoła. Od ostatniego incydentu sytuacja trochę się uspokoiła. Nie słyszałam, żeby ktoś obmawiał Luizę albo utrudniał jej w jakiś sposób życie. Miałam nadzieję, że wszystko wróciło do normy.

Pogoda była ładna. Właśnie skończyły się matury. Miałam przed sobą egzaminy wstępne na uczelnię, ale nie stresowały mnie one, bo były związane z tym, co przecież tak bardzo kochałam.

– Heja, dziewczyny.

Luiza schudła sporo i wymizerniała. Jednak mimo  wszystkich nieprzyjemnych przeżyć ostatnich miesięcy w jej oczach pozostały jeszcze blade iskierki radości.

– Siemka. Ślicznie wyglądasz – powiedziała Weronika.

Uśmiechnęła się blado.

– Mogę iść z wami? – zapytała nieśmiało.

– Jasne. Czemu nie? – odpowiedziałam.

Dziewczyna rozluźniła się nieco po tym, co usłyszała. Ruszyłyśmy w stronę kościoła. Przez całą drogę rozmawiałyśmy i Luiza widocznie czuła się bardzo swobodnie. To była miła odskocznia od oceniających spojrzeń i okrutnych plotek na jej temat.

Weszłyśmy do kościoła i zajęłyśmy miejsce w tylnej ławce. Kilka głów odwróciło się w naszą stronę, a Luiza nieznacznie się wzdrygnęła.

Rozpoczęła się msza. Wszystko było w porządku do momentu kazania. Gdybym wiedziała, że coś takiego będzie miało miejsce, to nigdy bym nie pozwoliła Luizie wtedy przyjść w to miejsce...

– Drodzy bracia i siostry, zgromadzeni tutaj wierni – zaczął jak zwykle. – Wszyscy jesteśmy dziećmi Boga i każdemu należy się zrozumienie oraz wybaczenie jego win. Tak nam nakazał Jezus.

Wiedziałam, że ksiądz wreszcie wypowie się w tej sprawie i postawi do pionu tych wszystkich ludzi ze wsi.

– Nad dzisiejszym kazaniem myślałem od dłuższego czasu. Mam nadzieję, że pomoże ono nam wszystkim, będącym w tej wspaniałej wspólnocie.

Wydawało mi się, że patrzył na Luizę, ale mogłam się mylić.

– Bóg stworzył Adama i z jego żebra ukształtował Ewę. Zwierzęta też połączył w pary. Samiec i samica. Para.

Przez myśl przemknęło mi, że mogłam się jednak mylić i kazanie zmierza w nieco innym kierunku, niż przypuszczałam.

– Nie stworzył Adama i Adama ani Ewy i Ewy, bo to byłoby przeciwko naturze. Tylko Adama i Ewę może łączyć prawdziwa miłość. Między Ewami nigdy nie będzie prawdziwej miłości.

Coraz bardziej się denerwowałam. Pośrednio to kazanie nie dotyczyło tylko Luizy, ale też mnie i Weroniki.

– Ale nigdy nie jest za późno na poprawienie swoich życiowych kaprysów i wymysłów – kontynuował – Prawda, Luizo?

W tym momencie wszyscy obecni odwrócili się w jej stronę. Wysocka ewidentnie triumfowała. Byłam pewne, że maczała w tym wszystkim palce.

Dziewczyna zbladła, a łzy zaczęły cisnąć jej się do oczu. Zanim zdążyłam w jakikolwiek sposób zaprotestować, wybiegła. Bez słowa wstałam i opuściłam to miejsce, a za mną Weronika. Panowała kompletna cisza. Nie spojrzałam nawet na zebranych. Nie zasługiwali na to. Nienawidziłam ich z całego serca.

 

***

 

Nie widziałam Luizy od tamtej pory. Podobno wyjechała wraz z rodzicami do dziadków nad morze. Nie mogłam zrozumieć, jak bardzo trzeba być ograniczonym i pozbawionym empatii, żeby doprowadzić do takiego stanu drugiego człowieka.

Próbowałyśmy zadzwonić do niej z Weroniką, ale odpowiadała nam poczta głosowa.

Po mniej więcej dwóch tygodniach mama powiedziała mi, że Luiza chodzi do psychologa. Straciła bardzo dużo wiary w siebie i okazało się, że popadła w poważne stany depresyjne. Nie chciała jeść ani wychodzić z domu, bo bała się oceniających i krytykujących ją spojrzeń. Nawet zmiana otoczenia nie przyniosła takich skutków, jakie przewidywali jej rodzice.  Rozważali skierowanie jej do psychiatry.

Było mi jej bardzo szkoda i miałam ogromne wyrzuty sumienia, że nie zrobiłam więcej w tak trudnym dla niej czasie.  I też miałam do siebie pretensje o to, że jednak w głębi duszy cieszyłam się, że nie spotkało to mnie i Weroniki. Jeszcze bardziej czułam się winna...

 

***

 

Spojrzałam w bursztynowe oczy Weroniki.

– Tak, pamiętam... – odpowiedziałam i puściłam jej dłoń.

– To dziura zabita dechami. Każdy każdego zna. Sprawa wygląda nieco inaczej w większych miastach. Dlaczego ktoś ma cierpieć z powodu tego, że jest nieco inni niż pozostali, chociaż wcale nie robi nikomu tym żadnej krzywdy?

Stałyśmy chwilę w milczeniu.

– Musimy już się zbierać, bo spóźnimy się na pociąg. A tego byśmy nie chciały – powiedziała, otwierając drzwi.

 

***

 

Ostatnia stacja i wysiadałyśmy. Ogarnęło mnie podniecenie. Im dalej byłam od mojej wsi, tym swobodniej się czułam.

– Nie zostaw nic tutaj, bo biec za pociągiem nie będę, żeby odzyskać twoje szpargały[3] – zażartowała Wera, widząc moje rozkojarzenie.

– Jasne, jasne. Nic nie zostawię – odpowiedziałam, ruszając do wyjścia.

Rozległ się charakterystyczny dzwonek i nieznany głos oznajmił, że jesteśmy na miejscu. Wyszłyśmy na zewnątrz i odetchnęłyśmy zupełnie innym powietrzem – powietrzem naszej szansy.

Wyszłyśmy na zewnątrz i znalazłyśmy się przed dworcem. Po ulicy jeździło bardzo dużo samochodów, a chodniki były pełne zabieganych ludzi. Przeszła mi przez myśl pewna obawa i strach, czy dam sobie radę w dużym mieście. I wtedy poczułam, że Weronika złapała mnie za rękę. Pierwszy raz odważyła się zrobić to publicznie.

– Kocham cię. Teraz może być tylko lepiej – powiedziała, uśmiechając się pokrzepiająco.

Odwzajemniłam uścisk.

Miała rację.

Ruszyłyśmy szukać adresu akademika, w którym miałyśmy zamieszkać...


Przypisy:

[1] Zofia Stryjeńska z domu Lubańska – polska malarka, grafik, ilustratorka, scenograf, reprezentantka art déco

[2] proces samodzielnego ujawniania własnej orientacji seksualnej lub tożsamości płciowej (posiadanej przez mniejszość w społeczeństwie) przed innymi ludźmi (np. rodziną, przyjaciółmi, znajomymi czy współpracownikami).

[3] szpargał «rzecz niepotrzebna, zwłaszcza pozostawiony w nieładzie zapisany papier, stary dokument itp.»