O kwant od istnienia

O kwant od istnienia

O kwant od istnienia

Nie wiem, co spowodowało, że odzyskałem świadomość- potężny huk zapalających się halogenowych lamp czy towarzyszący mu oślepiający błysk. Zimne światło rozproszyło ciemność i zobaczyłem, że leżę w wąskiej, wyłożonej metalem tubie, przypominającej trumnę. Kilka centymetrów nad moją twarzą znajdowała się niewielka kwadratowa szyba, dzięki której docierała do mnie jasność. Przez myśl przeszło mi, że zapalone światła oznaczają, że poza mną ktoś jeszcze znajduje się w pomieszczeniu. Zebrałem siły i wydobyłem z siebie krzyk.


-Halo! Czy ktoś tu jest?


Wstrzymałem oddech w oczekiwaniu na najcichszy chociaż dźwięk, na jakiekolwiek potwierdzenie czyjejś obecności. Zamarłem na kilka sekund, ale nie doczekałem się żadnej odpowiedzi. Gdziekolwiek byłem, poza jednostajnym cichym szumem, nie dochodziły tu żadne odgłosy. Zastanawiałem się, czy aby i ten szum nie jest tylko projekcją mojego zdezorientowanego umysłu.
Moje ciało było odrętwiałe. Musiałem długo zajmować leżącą pozycję w tej ciasnej tubie. Spróbowałem unieść głowę na tyle, na ile pozwalała wysokość mojej kwatery. Przymknąłem oczy i usiłowałem ustalić swoje położenie. Ostatnią rzeczą, którą pamiętałem, była przyjemna miękkość fotela, w którym zawsze siadałem podczas grania na konsoli. Musiał to być któryś z wieczorów po pracy. Czy wczorajszy? Kto wie, ile czasu upłynęło? Rozmyślania nie przyniosły konstruktywnych efektów, poczułem jedynie nasilający się niepokój. Uderzył mnie fakt, że nie miałem najmniejszej kontroli nad sytuacją, ba, nawet nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Wszystko wskazywało na to, że zostałem porwany i uwięziony. W przypływie adrenaliny uderzyłem dłonią o szybę. Waliłem w nią raz po raz, zdzierając sobie kostki. Nagle skądś gwałtownie uleciało powietrze. Wieko tuby uniosło się ze świstem.
                                                                                                                              *
Pomieszczenie było spore i wydawało się powiększeniem tuby, w której dotychczas się znajdowałem; halogenowe światło spływające z ogromnych, wbudowanych w metalowe ściany lamp, odbijało się od wykonanej z tego samego materiału posadzki. W ścianie naprzeciw ujrzałem wąską szczelinę. To musiały być rozsuwane drzwi. Właściwie, pojęcia „pomieszczenie” i „ściany” nie są w tej sytuacji na miejscu. Podobnie jak w przypadku tuby, na suficie bowiem znajdowała się szyba. Widok, który do mnie dotarł, zmroził mi krew w żyłach. Byłem na statku kosmicznym. W kosmosie. Pozostałe dwie tuby otworzyły się niemal jednocześnie. Jedną z nich, po mojej lewej stronie, zajmował starszy mężczyzna. Mógł mieć około sześćdziesięciu lat. Rzadkie, siwe włosy miał w nieładzie, szkła w złotej oprawie zsunęły mu się na czubek nosa. Błędne spojrzenie niemal od razu skierował w górę. Okulary powróciły na swoje miejsce, a on wpatrywał się w rozświetloną milionami gwiazd granatową przestrzeń i rzucającą pomarańczową poświatę kulę, najwyraźniej niedowierzający temu, co widzi. W końcu wydobył z siebie głos.


-Co do…- nie dokończył. Przerwał mu rozdzierający krzyk. Z prawej tuby wychyliła się młoda kobieta o atramentowo- czarnych włosach sięgających za ramiona. Jej skóra była blada i lśniła od potu. Wodziła dookoła dzikim wzrokiem, i zanim cokolwiek zdążyłem powiedzieć, gwałtownie wstała. W tym samym momencie z głośników, które zauważyłem w podłodze, dobiegł dudniący basem głos. Z pozoru sucha informacja, którą ogłosił, zabrzmiała jak groźba.


-Obiekt pierwszy opuszcza komorę.


Drzwi rozsunęły się.

                                                                                                                              (…)


-Czy obiekty rozumieją swoje położenie?


Głos mężczyzny, zniekształcony założonym przez niego kaskiem, przywodził na myśl program komputerowy. Żadnej modulacji tonu, żadnych emocji.
Wszyscy troje skinęliśmy głowami. W zasadzie nasza sytuacja była jasna. Jesteśmy po prostu królikami doświadczalnymi, potomkami towarzyszy Kolumba. Ktoś przecież musi zasiedlić nowe terytoria, prawda? Choćby były oddalone o setki milionów lat świetlnych.
Mężczyzna odszedł, a jego kroki poniosły się echem.
                                                                                                                              (…)


Chrapliwy głos Johna przeszył ciemność.


-Nie lecimy- wyszeptał z przestrachem.


-Co takiego?- zapytałem, wybudzony ze snu.


-Spójrz w górę.


Zrobiłem, co mi kazał. Faktycznie, nad nami nadal unosiła się rzucająca niebieski blask kula.


-Jeżeli to naprawdę jest szyba, to nie poruszyliśmy się ani na metr.