W cieniu eukaliptusa

W cieniu eukaliptusa

W cieniu eukaliptusa

- Dawno nie słyszałem bluesa. To był dobry pomysł.

- Bo był mój - Mateusz uśmiechnął się pod nosem i upił łyk piwa. Przez chwilę nie odzywali się, wsłuchując w muzykę.

- Zastanawiałem się, jak to jest...

Artur skinął głową, żeby ponaglić brata, który na chwilę zamilkł.

- Skąd muzyk wie, jak ma zagrać? Ta muzyka żyje, ślizga się gdzieś w podświadomości, przenika i nie wiem, czy to gra on, czy te dźwięki grają nim. Wiesz, o co mi chodzi?

Artur zaśmiał się i klepnął go w ramię.

- Nie mam pojęcia, ale coś cię gryzie. Może wyrzuć to z siebie i zrozumiem, dlaczego w środku tygodnia zjawiasz się u mnie znikąd i ciągniesz do baru.

Mateusz przymknął oczy, sięgnął po kufel i opróżnił go. Westchnął ciężko i, nie patrząc bratu w oczy, powiedział bezbarwnym głosem:

- Za pół roku mnie nie będzie. Rak trzustki. To tyle.

Przy ladzie zapadła cisza zakłócona tylko spokojnym rytmem perkusji. Artur miał wrażenie, jakby właśnie przełknął bryłę lodu, ale bardziej przerażał go brak emocji u brata.

- Chemia. Leczenie. Jeszcze nie umierasz.

- Umieram, Artur. Pamiętasz ojca? To samo, chemia tylko szybciej go zniszczyła. Nie chcę tak wyglądać pod koniec. Już wszystko przemyślałem.

Artur chciał coś powiedzieć, ale żadne słowa nie przychodziły mu do głowy. W końcu, kiedy uznał, że nie odzywa się zbyt długo, wypalił:

- I co teraz zrobisz?

- Pójdę do kościoła. Jakieś dwadzieścia lat mnie tam nie było.

- Myślałem, że nie wierzysz?

- Też tak myślałem. Teraz chciałbym jednak zapytać Boga, czy po tylu latach choć trochę wierzy we mnie.