Oto jestem!

Oto jestem!

Oto jestem!

Przemierzając alejkę wokół fontanny po raz siódmy z kolei, Janek zorientował się, że nad jego głową wiszą kłęby ciemnoszarych chmur, które wcale nie zamierzały szybko odpłynąć.

– Oho, zaraz coś kapnie – wymruczał pod nosem, po czym skierował się ku otwartej na oścież, odrapanej bramie parku, w którym spędził ostatnie dwie godziny.

Od dziecka znajomi wołali na niego „Cichy”– była to ksywka inspirowana nazwiskiem Cichocki. Niezbyt mu się podobała, ale przez lata zdążył się przyzwyczaić.

Tego dnia Janek nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Krzątał się po mieście niczym zbłąkany wędrowiec. Napiłbym się kawy – pomyślał. Po wyjściu z parku skręcił więc w wąską uliczkę z kocimi łbami i udał się do pobliskiego pubu, w którym niegdyś przesiadywał całymi popołudniami.

– Proszę, proszę, kogo ja widzę, dawno cię tu nie było – zagadnął siwiejący barman, gdy zobaczył przybysza w drzwiach.

– Racja – skwitował Janek, siadając na wysokim krześle stojącym przy barze.

– Jesteś dzisiaj zbyt cichy, Cichy – podsumował mężczyzna, usiłując rozbawić kumpla grą słowną. – Co podać? Seteczkę, piwero, a może whisky? Na koszt firmy oczywiście!

– Małą czarną – bąknął po chwili namysłu przygnębiony Janek.

– Stary, nie poznaję cię…

– Poczekam przy stoliku – oznajmił Cichy, udając się w stronę okna.

Na szybie pojawiły się drobne krople, w oddali słychać było pierwsze grzmoty. Po cholerę ja tu przylazłem? – zaczął gnębić się mężczyzna. Zniecierpliwiony skierował wzrok w stronę baru i zobaczył, że tuż za jego plecami stoi niewysoka brunetka w ciemnej sukience.

– To ty zamawiałeś „małą czarną”? – zapytała kokietka, puszczając do niego oczko – Oto jestem! – krzyknęła i usiadła mu na kolanach.