Wykluczony

Wykluczony

Wykluczony

   Szarpnąłem klamką, ale na niewiele się to zdało - klucz wetknięty w niewielki otwór ledwo zabrzęczał. Wyraźnie szydził z moich marnych prób.
   — Jasna, cholerna mać! — warknąłem, kopiąc w drewnianą framugę i dając temu samemu upust narastającej od wewnątrz wściekłości.
   Pomimo przekleństw, próśb i gróźb, drzwi jak stały, tak stały - zamknięte na amen.
   Pager przyczepiony do pasa zapiszczał po raz drugi tego ranka. Na neonowo zielonym wyświetlaczu pojawiła się krótka wiadomość od Bess - miałem natychmiast przyjechać do biura.
   Chciałem. Naprawdę chciałem, ale pojawił się pewien mały, niesamowicie irytujący problem.
   Moje drzwi były zablokowane. Szarpałem się z nimi już od dobrych dwudziestu minut.
   Pager umilkł, ale zaraz na jego miejsce odezwała się komórka. Z głośniczka wydobywały się skoczne rytmy Stay Alive.
   Jeśli dalej tak pójdzie, będzie to, paradoksalnie, ostatnia piosenka, którą usłyszę w swoim życiu.
   Odebrałem.
   — Gdzie ty jesteś?! — zagrzmiał ochrypły, przepalony dymem tytoniowym głos. Rozejrzałem się. Z tego, co było mi wiadomo, znajdowałem się we własnym apartamencie.
   — Masz godzinę! — Głos rozłączył się, zanim zdążyłem otworzyć usta.
   Przynajmniej tyle dobrego.
   Mój wzrok ponownie padł na potężne, mahoniowe drzwi. Psia mać z tymi cudownymi zabezpieczeniami i mechanizmami ryglującymi. Psia mać ze spóźniającymi się ślusarzami. Rozwalę to wszystko na cholerne wióry.

   

   Wystarczyło piętnaście minut.
   — Policja! Proszę otworzyć!
   Trzon siekiery uderzył o ziemię, kiedy przysunąłem twarz do pozdzieranego i poszarpanego drewna. Otarłem pot, zadowolony, że mój plan wypalił.
   Geniusz.
   — Jesteście w samą porę! — zakrzyknąłem — Pomóżcie mi otworzyć te cholerne drzwi!