Zabójcy

Zabójcy

Zabójcy




Boston 5 marca 1770 roku.


Chyląca się ku końcowi zima nikogo nie nastrajała pozytywnie. Pogoda zachowywała się niczym rozkapryszona kochanka. Raz z nieba na ludzi lał się deszcz, innym razem wilgotna mżawka osadzała na odzieniu, innym zaś razem sypał mięsisty śnieg. Rzadko kiedy na niebie pojawiało się rozedrgane, blade słońce. Brudne kopy śniegowego błota szpeciły ulice i zaułki. Jedynie skwery były od niego wolne, co wykorzystywali okoliczni mieszkańcy, by móc się na nich przechadzać. Takim zieleńcem, szczelnie opatulona brunatnym płaszczem, biegła młoda kobieta. Spod okrycia nasiąkniętego kroplami mżawki, wystawał dół długiej sukni, czubki trzewików oraz białe palce uwalane czymś, co na pewno nie było czerwoną farbą, chociaż na taką mogło wyglądać.
Sprawnie wymijała nielicznych przechodniów, którzy nie zwracali nań najmniejszej uwagi.
Tego dnia spieszyła się. Zlecenie nieco się przedłużyło, choć stwierdzenie „przedłużyło” było mocno naciągane. Zwykle o tej porze była już w domu. Prowadzenie podwójnego życia nie należało do łatwych. Nie w jej profesji. W dzień zajmowała się krawiectwem. Razem z przyjaciółką o imieniu Rosa, prowadziły mały interes położony nieopodal portu. Sklepik przy pracowni krawieckiej przyciągał ten rodzaj klienteli, który nie zważając na koszty, pragnął się wyróżniać. Zatem częstymi gośćmi zachodzącymi w progi to: elegantki z wyższych sfer i kapitanowie statków, którzy mieli bardzo specyficzny gust w kwestii dobierania materii na swoje stroje. Chociaż interes się kręcił i przyjaciółki nie mogły narzekać, to samo krawiectwo nie było tym, co zadowalałoby kobietę w pełni. Pewnie dlatego w nocy przeobrażała się w jedną z zabójczyń współpracujących z kręgiem asasynów. Każdy wysoko urodzony, bogaty człowiek czy też kupiec, miał w swojej kieszeni płatnego zabójcę, który wykonywał dla niego partaninki drobne, lub te większe.
Owi mordercy zrzeszali się w tajnym stowarzyszeniu określanym przez wielmoży – kartelem, chociaż sami woleli gdy nazywano ich - dziećmi mgły. Mieli bowiem w zwyczaju pojawiać się znikąd i w równie niezauważalny sposób znikać z miejsca zlecenia. Ze zleceniodawcami kontaktowali się za pomocą wyszkolonych posłańców, bądź poprzez siatkę przemytników czy burdeli. Ci sprytniejsi zostawiali karteczki dla najemników w kapliczkach. Ukrywali je wtedy za świętymi figurami, w specjalnie do tego przygotowanych otworach.

Słabo przebijające przez chmury słońce, wznosiło się coraz wyżej, deszcz z mżawki przerodził się w drobny kapuśniaczek wymieszany z drobniutkim ze śniegiem. Biegnąca pospiesznie zaklęła pod nosem, niezadowolona z takiego stanu rzeczy. Czas gonił bezlitośnie. Zadyszana, przemoczona, przystanęła na krótką chwilę i zlustrowała pobieżnie okolicę. Jeszcze kilka uliczek i będzie w domu. Weźmie szybką kąpiel, a potem uda się po sprawunki. Miała nadzieję, że tego poranka pamiętała o wszystkim... A sam poranek do najłatwiejszych nie należał. Przed świtem zlikwidowała kolejnego niewiernego męża. Mimo nieraz pewnych trudności w wykonywaniu takich zadań, to właśnie te zlecenia lubiła najbardziej. Zdrada powinna zostać ukarana.
Potrząsnęła głową, odsunęła wilgotny kosmyk włosów z policzka i zerknęła na zachmurzone niebo. Poprzez ciężar chmur dało się zauważyć nieśmiałe promienie wznoszącego się coraz wyżej słońca. Nadszedł czas na powrót do normalności. Jakkolwiek to w jej przypadku miałoby zabrzmieć. Przez myśl przemknęło, że Rosa zaniepokojona spóźnieniem przyjaciółki, pewnie odchodzi już od zmysłów, krążąc po mieszkaniu niczym chart przed wyścigami. Obcasiki trzewiczków stukały po śliskim od deszczu bruku, gdy szybkim krokiem przemierzała uliczki, dzielące ją od domostwa i pracowni. Wreszcie dotarła. Zatrzymała się przed drzwiami, na których wywieszono karteczkę, informującą o tym, że manufaktura zaprasza w swe podwoje dopiero w godzinach popołudniowych.
- No tak – pomyślała. – Rosa beze mnie nigdy nie otwiera pracowni.
Nie mając ochoty na szukanie klucza do manufaktury, zdecydowała się wejść od podwórza. Odwróciła się, chcąc przejść na tyły kamienicy, gdy niespodziewanie tuż przy niej pojawiło się dwóch mężczyzn odzianych w czerwone mundury oddziałów wojskowych, zwane potocznie „czerwonymi kurtkami”. Poczuła na sobie ich podejrzliwy, przeszywający wzrok. Odwzajemniła tym samym. Czujnie zlustrowała żołdaków, w myślach odnotowując odległość w jakiej się zatrzymali oraz stan uzbrojenia. Wyglądali na wypoczętych i rześkich, a na domiar złego, dla niej, chętnych do rozmowy.
Koralowe usta odsłoniły rząd śnieżnobiałych zębów w grymasie, który z założenia miał przypominać uprzejmy uśmiech. Z takowym na twarzy spróbowała wyminąć żołdaków.

- Co panienka taka zdyszana? – na pozór obojętny głos jednego z nich, zniwelował plan kobiety.

Wsunęła dłonie głębiej w poły płaszcza, ukrywając uwalane krwią palce.

- Spieszno mi, panie.
Żołdak zastąpił jej drogę.

- A dokąd to, jeśli można wiedzieć? – Jego dociekliwość budziła rozdrażnienie.

- Do pracy, proszę pana – postarała się, by jej głos zabrzmiał uprzejmie.

- A gdzie to panienka pracuje? - nie dawał za wygraną, próbując wyciągnąć z niej jak najwięcej informacji.

- Tutaj – kiwnęła głową w stronę domu. - Jestem krawcową. Proszę mnie przepuścić. Już i tak jestem spóźniona – odparła, wciąż spokojnie.
W duchu jednak miała ochotę poderznąć dociekliwemu gardło. Nienawidziła „czerwonych kurtek”.

- Tutaj? - odsunął się, robiąc jej miejsce. - Ależ proszę bardzo – zmrużył oczy.

Wyminęła go błyskawicznie i szybkim krokiem przeszła na tyły kamienicy. Z ulgą dotarła do schodków prowadzących na zaplecze. Stojąc przed drzwiami obejrzała się jeszcze za siebie. Nie zrezygnowali. Niespiesznie podążyli za nią i stali teraz za jej plecami, przypatrując się podejrzliwie. Zresztą kto wie, co im tam po głowach chodziło. Westchnęła ciężko i sięgnęła klamki. Zanim jednak zdążyła położyć na niej rękę, drzwi otworzyły się, a na progu pojawiła się Rosa. Rumiana na pulchnych policzkach i jak zawsze spocona.

- Nareszcie – pisnęła z ulgą. Dostrzegając nieproszonych gości kontynuowała. - Panienka tak spóźniona, żem od zmysłów odchodziła. Już chciałam wzywać gwardzistów. – Omiotła niewinnym spojrzeniem żołdaków.

- Ale już jestem – odparła, uśmiechając się kącikiem warg.
Rosa po raz kolejny ratowała jej skórę przed niechybnym zdradzeniem się. Teraz przyjaciółka zamachała gorączkowo rękami.

- Niechże panienka wchodzi! Co panienka tak na progu stoi? Miała panienka wiele szczęścia, że panowie panienkę odprowadzili. Niebezpiecznie dziś spacerować po ulicach. I na Chrystusa, niech panienka mi da te przemoczone ubranie. Zaziębi się panienka i co będzie? – gadała z przejęciem.
Kobieta z trudem stłumiła śmiech.

- Oczywiście, droga Roso. Przepraszam. Obiecuję, że to się już nie powtórzy. Panowie – skinęła głową na żołdaków. – Jak widzicie, nie kłamałam...
Odkłonili się niechętnie, po czym odwrócili i odeszli w sobie tylko wiadomym kierunku.
Kobieta zaś zanurzyła się w półmroku korytarzyka prowadzącego na zaplecze pracowni.

- Uff, mało brakowało. Dziękuję ci moja droga – rzuciła do przyjaciółki.

- Drobiazg, Laro – odparła Rosa, normalnym już głosem. – Następnym razem mogę nie zdążyć. Dobrze, że szłam po imbryk. Inaczej bym cię nie zobaczyła.

- Jak zawsze masz wspaniałe wyczucie czasu – podała jej płaszcz. - Pani de Burdaux była już po swoje zamówienie?

- Nie, ale przysłała służkę z halką do naprawy – Rosa mrugnęła znacząco okiem. - Wiesz jaki jest jej mąż w alkowie... – ściszyła głos. - Ta jej pomocnica to nawet nie zwróciła uwagi na wywieszoną kartkę. Waliła w drzwi tak mocno, jakby świat miał zaraz się skończyć. Cóż miałam zrobić? Otworzyłam.

- Tak, tak wiem... małżonek równie gwałtowny co ona – Lara westchnęła ze znużeniem. - potem się tym zajmę. Teraz muszę... - pokazała przyjaciółce pokrwawione palce - ... skorzystać z kąpieli. Cała cuchnę. Nienawidzę doków i tych wszechobecnych pomyj. – Skrzywiła się ze wstrętem.

- Cuchniesz jak połowa tego miasta – odparła rezolutnie Rosa, zabierając imbryk ze stolika stojącego w rogu korytarzyka. – Ach, zapomniałabym – zatrzymała się w pół kroku. – Dostarczono dla ciebie wiadomość od kapitana Raniera.

Źrenice Lary rozszerzyły się z ekscytacji.

- Podobno jego statek niebawem ma zawinąć do portu. Więcej nic mi na ten temat nie wiadomo. Posłaniec był bardzo tajemniczy – kontynuowała.

- Dziękuję. Zaraz przeczytam. Położyłaś ją na sekretarzyku?
- Tak, tam gdzie zwykle – machnęła dłonią. – Idź już – ponagliła. – Z rana rozpaliłam w piecu, w pokoju kąpielowym. Woda powinna być jeszcze ciepła. I pospiesz się. Niedługo będzie trzeba otworzyć pracownię. Zdążysz zanim przyjdą pierwsi klienci?

- Myślę, że tak – uśmiechnęła się, wzruszona troską.

- Cudownie. Przygotuję coś na ząb. – Rosa odeszła.
Unosząc dwoma palcami suknię, Lara szybko wspięła się po schodkach prowadzących na pięterko. Dół strojnego odzienia ciążył niemiłosiernie. Poranny deszcz ze śniegiem sprawił, że materiał nasiąknął nie tylko wodą, ale i błotem wymieszanym z cuchnąca breją dokowego rynsztoka. Przemoczone trzewiczki ziębiły stopy.
Rzadko wykonywała zlecenia w kobiecym stroju. W sukni gorsetowej trudno jest się wspinać na gzymsy, dachy czy balkony. Zleceniodawczyni jednak błagała, by pozbyła się „kłopotu” w bardzo wysublimowany i kobiecy sposób. Zabójstwo miało wyglądać na zwykły wypadek. Zarówno niewierny mąż, jak i zdradzana, należeli do wyższych sfer, więc i robótka miała uchodzić za taką, co nikogo w oczy za bardzo nie ukole. Mężczyzna miał w zwyczaju zapuszczać się w obskurne, biedne i pełne podejrzanej maści złoczyńców rejony miasteczka. Niczym więc dziwnym nie byłoby, gdyby właśnie tam przytrafił mu się „nieszczęśliwy wypadek”. To stwarzało wyborną okazję dla zabójczyni. Na nieszczęście, jegomość okazał się nie tylko inteligentny, ale i sprytny. Szybko zwietrzył podstęp. Lara musiała więc wykazać się nie lada sztuką, aby doprowadzić wszystko do końca. Cel miał być martwy. I takiego też pozostawiła w burdelowym łożu, wyściełanym atłasowymi poduszkami.

Teraz z ulgą pchnęła drzwi prowadzące do łazienki. Przyjemne ciepło uderzyło w nią, łagodnie pieszcząc zmarznięte policzki. Zamknęła odrzwia i oparła się o nie, wzdychając głęboko. Wreszcie miała chwilę dla siebie. Bezcenne momenty. Bez gierek, udawania kogoś kim nie jest, bez pościgów, podrzynania gardeł, trucia i tkwienia w bezruchu w miejscach, od których skóra cierpła jej na samą myśl. Powoli rozsznurowała gorset. Po chwili część sukni wylądowała na podłodze.
Podeszła do pieca i zanurzyła dłoń w garnku stojącym na nim. Woda była gorąca. Machinalnie cofnęła palce. Obok stało wiadro z zimną, a tuż przy wannie mała szafeczka z mnóstwem szufladek, na której Rosa położyła mydło, gąbkę i złożony w kostkę duży szarawy ręcznik. Pod ścianą, na toaletce dostrzegła starannie poskładane dzienne odzienie. Przybyła też nowa buteleczka perfum. Podeszła do niej i powąchała. Zapach lawendy momentalnie zakręcił jej w nosie.
- To na pewno nie dla mnie. Nie znoszę tego zapachu – powiedziała do siebie i odłożyła flakonik z pachnidłem na miejsce. - Że też Rosa ma tak beznadziejny gust – mruknęła.
Zrobiło się jej duszno. Podeszła do niewielkiego okienka, na wpół zasłoniętego błękitną kotarą i uchyliła je nieznacznie, tym sposobem wpuszczając do pomieszczenia powiew rześkiego, przedpołudniowego powietrza.
- Idealnie – westchnęła, napawając się tą krótką chwilą.
Napełniła wannę, zdjęła resztę odzienia i zanurzyła w kąpieli, przymykając zmęczone powieki. Rozkoszne ciepło otulało jej skórę. Dopiero po długiej chwili otworzyła oczy i wychyliła się lekko z wanny, sięgając do szuflad szafki po jeden z tych olejków, które niedawno zachwalała jej przyjaciółka. Pootwierała kilka szufladek zanim znalazła to, czego potrzebowała. Wonny płyn znalazł się w wodzie, rozlewając leniwe po jej powierzchni.
Tak lepiej – odłożyła flakonik na miejsce.
Ponownie zamknęła oczy, ułożyła się wygodnie i oddała błogostanowi samotności. Nie trwała to długo, gdy usłyszała szuranie. Usiadła, nerwowo się rozglądając. Odgłosy te na pewno nie dochodziły zza drzwi, a już tym bardziej nie z parteru. Sięgnęła po ręcznik chcąc wyjść z wanny, kiedy to uchylone jeszcze przed chwilą okienko, otworzyło się, a zza zasłony wyłoniła się głowa kolegi po fachu – Rina. Prychnęła, po czym ponownie zanurzyła się w wodzie ignorując go zupełnie. Mężczyzna wśliznął się do środka zamykając za sobą okno. Lubiła go, ale jego niespodziewane wizyty czasem działały jej na nerwy. Pojawiał się jak cień. Znikał równie szybko. Czasem nie zdążyła dokończyć zdania, a jego już obok nie było. Nauczyła się zatem, że nie odzywa się, do momentu, aż sam tego nie zrobi. Należał do ludzi, którzy nie mitrężą czasu na czcze pogawędki. Dla niego liczyły się konkrety.
Uniosła lekko powieki. Zabójca nadal stał w tym samym miejscu. W lot pojęła, że ta wizyta do przypadkowych nie należała. Widząc, że na niego patrzy, podszedł do toaletki, zabrał stojące przed nią krzesło i postawił je tuż obok wanny. Usiadł bez słowa i ubłocone buty oparł o jej brzeg, na wysokości głowy kobiety.
Tego już za wiele!
Zepchnęła jego nogi z impetem, wlepiając w mężczyznę wielkie, błękitne oczy. Gdyby wzrok mógł ranić, pewnie Rin już dawno miałby pooraną twarz.

- Co ty do cholery wyczyniasz? - oburzyła się.

- Odpoczywam. Podobnie jak ty – odparł, patrząc jej głęboko w oczy.

Odwróciła głowę.

- Przesadziłeś.

- Pewnie nie pierwszy i nie ostatni raz.

- W to nie wnikam – rozzłościła się. - Czemu zawdzięczam tę wizytę?

- Niczemu konkretnemu.

Rin nie spuszczał z kobiety wzroku. Zanurzyła się głębiej, zasłaniając swoją nagość. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że jest bezbronna. Oczywiście, widywał ją w różnych sytuacjach, ale intymność to intymność. Nawet zabójcy posiadają cień wstydu.

- Nie martw się. Nie patrzę – odezwał się, kiedy tylko spostrzegł, że próbuje się zasłonić.

- Patrzysz – odburknęła niczym mała, obrażona dziewczynka.

- Jak mówię, że tego nie robię to znaczy, że nie robię – przeniósł wzrok na ścianę, na której wisiał obraz przedstawiający nadobną, ciemnowłosą damę o bujnych kształtach.
Spojrzenie Lary podążyło za spojrzeniem towarzysza. Westchnęła cicho, widząc z jaką uwagą przygląda się dziełu malarza.
Cóż... Była przeciwieństwem modelki z obrazu.
Krucha blondynka, o prostych niczym struny włosach i wielkich błękitnych oczach. Zwykle nosiła stroje z długimi rękawami, zasłaniając szyję zapinanymi na stójkę kołnierzykami. Jej ciało zdradzało ją, o czym dobrze wiedziała. Poznaczone bliznami ręce mogły skutecznie odstraszyć potencjalnych adoratorów, którzy mogli zacząć coś podejrzewać.
Nie od dziś wiadomo, że w kręgu asasynów obracali się nie tylko mężczyźni, ale i kobiety, nierzadko znacznie skuteczniejsze od nich. Po co jednak ta wiedza potrzebna potencjalnemu adoratorowi? Tym bardziej, że kobietom zabójcom żyło się gorzej. Odczuła to na własnej skórze. Jednocześnie uczyła się szycia i rzemiosła, co nie okazywało się zadaniem łatwym. Jej Mistrz niestrudzenie wpajał w umysł Lary techniki walki wręcz, zachowania równowagi oraz podstawy trucicielstwa. Rosa zaś miała na celu wyszkolić ją na zdolną i czarującą szwaczkę, która podoła każdemu krawieckiemu wyzwaniu. Jak na dokowego przybłędę i koniokrada, Lara wyszła na ludzi. Choć nie o takim życiu marzyła...

- To powiesz mi po co mnie odwiedzasz? Masz jakieś wieści? – rzuciła niespokojnie do Rina.

- Nie mam wieści. Miałem za to ciężką noc. Z pewnych źródeł wiem, że ty również.

- A niby skąd wiesz? Wróble na płotach ćwierkały? – burknęła.

- Nazywaj to sobie jak chcesz – wyciągnął się na oparciu. – Wiem i już.

Po chwili jęknął cicho i wrócił do poprzedniej pozycji. Lara nie dosłyszała krótkiej skargi. Sięgnęła po ręcznik i wyszła z wanny szczelnie się nim owijając. Czuła jak czarne oczy starego znajomego przeszywają ją na wskroś. Nie krył się z tym. Przestąpiła z nogi na nogę.

- Będziesz tu tak siedział i patrzył jak doprowadzam się do porządku? – zirytowała się.

- Mogę posiedzieć, choć wolałbym ci coś pokazać. – Nie spuszczał wzroku.

- A jednak nie jest to wizyta towarzyska – skwitowała. - Wiesz, że nie mam czasu. Muszę otworzyć sklepik. Rosa sama tego nie zrobi. Nie znosi być tam sama. Przerażają ją te uperfumowane i upudrowane elegantki z wyższych sfer.

- Wiem.

- Nadal więc będziesz się upierał, że chcesz mi coś pokazać?

Podeszła bliżej i nachyliła się nad mężczyzną. Jego śniadą twarz zdobiło kilka blizn, częściowo zakrytych przez ciemne, sięgające ramion włosy, związane luźno na karku. Głęboko osadzone, czarne oczy wpatrywały się w kobietę niewzruszenie. Rin nigdy nie okazywał emocji. Zawsze taki sam. Chłodny i opanowany. Zdawało się, że nie ma rzeczy, ani emocji których nie miałby pod kontrolą. Do dziś nie wiedziała ile ma lat, ale nie interesowało jej to zbytnio. Czasami jedynie miała ochotę wymierzyć mu siarczysty policzek, by sprawdzić, czy zareaguje w jakikolwiek sposób. Przypuszczała jednak, że mogłoby się to skończyć niepotrzebną awanturą... Musiała jednak przyznać, że miał w sobie coś pociągającego. Być może to ta owa niedostępność i tajemniczość? Może ciemne oczy utkwione teraz w jej twarzy? A może coś zgoła odmiennego? Mimo upływu czasu nie umiała odpowiedzieć na te pytania. Wiedziała, że był jednym z najdłużej żyjących asasynów. Większość z nich przeważnie umierała młodo. Buta, zuchwałość i brawura nie sprzyjały długiej żywotności. Zwykła nazywać młodzików - szczeniakami. Co nierzadko nie podobało się zarówno im, jak i szkolącym ich mistrzom.
Poprawiła zsuwający się ręcznik.
- Mówił ci ktoś, że jesteś niepoprawny? – zagaiła, przerywając krępującą ciszę.

- Owszem – odrzekł w zamyśleniu. - Nadal nie masz ochoty na mały spacer... po dachach naszego pięknego miasta? - wyczuła w jego słowach nutę sarkazmu. Jakby chciał nim podkreślić, jak bardzo nienawidzi tego miejsca.

- Utknąłeś tu podobnie jak ja... – zaczęła łagodnie. - … dlaczego nie odejdziesz? Przecież nic cię tu nie trzyma.

- Trzyma.

- Co?

- Nie ważne. To nie czas na sentymenty.

- To nie sentymenty – wyprostowała się. – Pytam tylko. To przecież nic wielkiego.

- Zależy dla kogo.

- No tak. Ty przecież masz zawsze tajemnice.

- Bez tajemnic bylibyśmy martwi.

- Jak zawsze masz rację. Dlaczego ją zawsze masz?

- Bo mogę ją mieć.

- Meh... - westchnęła i przysiadła na brzegu wanny. – Jesteś męczący. Mówiłam ci to już?

- To może spacer. Świeże powietrze cię orzeźwi – wciąż nie spuszczał z Lary oczu.

- Dlaczego... – zawahała się - … no dobrze. Nieważne. – Odpowiedziała po chwili namysłu. - Pójdę z tobą na ten spacer. Tylko wezmę z pokoju rzeczy. W tych – wskazała na toaletkę - daleko nie zajdę.

Na wargach Rina pojawił się lekki uśmiech. Nie dowierzała własnym oczom. Ten wiecznie ponury i gderliwy osobnik okazał cień zadowolenia. Może nie jest aż tak zły i ponury na jakiego wyglądał? Zastanowiła się. Nieraz przebywała w jego towarzystwie i za każdym razem działy się dziwne i niepokojące ją rzeczy, takie jak choćby to, że kilkakrotnie przyjął na siebie cios przeznaczony dla niej. Osłonił i utorował drogę ucieczki... Odwzajemniła niepewnie uśmiech.
- Pospieszę się – rzuciła, wychodząc z łazienki.

Szybkim krokiem przemierzyła wąski korytarzyk. Na jego końcu znajdował się jej pokój, wciśnięty pomiędzy lokum Rosy, a schowek na szczotki. Weszła do niego i zamknęła za sobą drzwi. Na toaletce dostrzegła zalakowany list od kapitana Raniera. Na samą myśl o wiadomości od niego zrobiło się jej gorąco. Rok temu przeżyła z nim płomienny romans, przeplatany wybuchami niekontrolowanej namiętności. Już miała sięgnąć po liścik, kiedy przypominała sobie o Rinie.
A niech to – mruknęła. – Kapitan będzie musiał zaczekać.
Rzuciła ręcznik na podłogę i pospiesznie założyła „roboczy strój” zabójcy. Obcisłe spodnie doskonale podkreślały jej smukłe nogi, a koszula i kurtka ukrywały w schowkach, potrzebne jej drobiazgi. Tylko tak ubrana czuła się naprawdę swobodnie. Zarzuciła kaptur na głowę chowając twarz w jego cieniu i wróciła do łazienki. Zastała go stojącego przy oknie, obserwującego ruch uliczny.

- Gotowa? - odwrócił się, mierząc ją od stóp do głów.

Przekrzywiła głowę, robiąc skwaszoną minę:

- Rosa mnie udusi, wiesz o tym.

- Wiem, ale chyba się jej nie boisz, prawda?

- A co jeśli wyznam, że jest przerażająca kiedy się złości?

- A co jeśli powiem, że obronię cię własną piersią przed tą rozjuszoną lwicą? – zażartował, a w ciemnych oczach pojawił się błysk przekory.

Wydęła usta i westchnęła, odwracając głowę i tęsknie zerkając na wannę pełną jeszcze ciepłej wody.

- Będzie się wściekać, potem przesoli zupę, a jak będę chciała herbaty to mi ją złośliwe przesłodzi... i to będzie twoja wina, pamiętaj – wskazała na zabójcę palcem, niczym obnażonym sztyletem.

- Baby... wy to macie sposoby na zemstę... – zakpił.

Wzruszyła ramionami i ze skwaszoną miną powoli podeszła do mężczyzny. Ich spojrzenia skrzyżowały się na krótką chwilę. Odwróciła wzrok, nagle speszona. Poczuła dziwny dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa, a potem niespodziewany ucisk w okolicy mostka. Przełknęła nerwowo ślinę. Rin zauważył przelotny rumieniec, który na chwilę odmalował się na jej porcelanowej skórze. Szybko jednak zniknął, jak trucizna wychylana wraz z kielichem czerwonego wina. Tak, truła go. Truła niewinnością, lekką naiwnością i delikatnością, której brakowało wielu kobietom, które znał. Od chwili kiedy wyciągnął ją z rynsztoka do teraz. Działała na niego jak opium. Uzależnił się.

- Idziemy? - odsunął zasłonę i wyjrzał na ulicę.

Nikogo nie dostrzegał w pobliżu. W oddali zauważył tylko kilku podrostków ciągnących rozklekotany wózek i rozmawiające na rogu ulicy kobiety.

- Prowadź, o zacny – ukłoniła się teatralnie, dłonią wskazując wyjście.

Mężczyzna jednym susem znalazł się na wewnętrznym parapecie, potem zewnętrznym i zanim zdążyła wziąć oddech, zniknął jej z pola widzenia. Zrobiła dokładnie to samo. Kiedy podciągała się na rękach, dostrzegła go na przeciwnym krańcu dachu, w swobodnej pozie opartego o komin. Podeszła, uważnie patrząc gdzie stąpa. Nie chciała poluzować żadnej z dachówek. Nie odwrócił się w stronę Lary. Nie musiał. Zupełnie jakby jednym ze zmysłów wyczuł obecność tuż za sobą. Podmuch wiatru zatargał jego włosami. Odsunął kilka nieznośnych kosmyków z twarzy, po czym palcem wskazał na port.
W oddali, na horyzoncie, majaczył dobrze Larze znany kształt. Uśmiechnęła się lekko.

- Ranier – powiedział oschle.

- „Czarny Anioł” jak zawsze piękny – odrzekła, spoglądając na towarzysza. - Dostałam dziś list od kapitana, ale jeszcze nie przeczytałam – zawahała się. - W sumie nie wiem dlaczego tego nie zrobiłam.

- Powinnaś – odsunął się od komina. - Takich rzeczy się nie zostawia na ostatnią chwilę. Może to coś ważnego! – zwrócił uwagę.

- Od kiedy to się martwisz o moje prywatne interesy? – drążyła.

- Od zawsze – szepnął, niespodziewanie pochylając się ku niej.
Utonęła w przepastnych oczach Rina, wdychając jego zapach. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że chce ją pocałować... Serce zabiło szybciej, bezwolnie rozchyliła usta...
Pieszczotliwie przesunął wierzchem dłoni po policzku Lary.
- Ruszajmy – mruknął gardłowo.
Odbił się od komina, zeskoczył, zdawałoby się, na uliczki i zniknął z pola widzenia kobiety. Dopiero po chwili zobaczyła go na przeciwnym budynku. Swobodnie przemieszczał się pomiędzy balkonem, a ostatnim piętrem. Poszła tym śladem.
Że też miast normalnego spaceru wybrał mozolną wędrówkę po dachach kamienic... – burknęła pod nosem.

Rin wdrapał się na szczyt domu i zgiął wpół łapiąc za bok. Widząc zbliżającą się towarzyszkę wyprostował się udając, że wszystko jest w porządku. Nie było. W duchu przeklinał zlecenie, które jeszcze tej nocy miał dokończyć. Ofiara okazała się sprytniejsza. Miała doskonałych informatorów, którzy solennie opłacani kupieckim złotem nie skąpili jej donosów i plotek. Wynikało z tego jasno, że w szeregach asasynów zagnieździł się donosiciel. To właśnie Rin miał go zlokalizować. Wszystkie tropy prowadziły do jednego człowieka. Niestety przeliczył się. Po raz pierwszy popełnił błąd. Wyłożył się jak jakieś pacholę i to na pozór przy łatwym zadaniu. Nie mógł sobie tego darować. Rana zapiekła boleśnie. Położył rękę na boku, w duchu prosząc, by krew nie przesiąkła przez materiał.

- Zdradzisz dokąd mnie prowadzisz? Bo to port nie jest – Lara przystanęła obok mężczyzny.

Wcisnął dłonie w kieszenie kurtki.

- Od rana, przed budynkiem Giełdy Królewskiej, zbierają się koloniści, którzy sprzeciwiają się brytyjskim rządom. Szef kazał rzucić na to okiem. Miałem zabrać cię ze sobą, pomimo usilnych protestów, dodam. Nie czuj się wyróżniona.

- Jakbym śmiała – prychnęła.

- Protestują przeciw cłom. Osuszają im kieszenie szybciej niż whisky w portowych spelunach. Podobno jest dosyć... nerwowo. Mamy to sprawdzić i w razie czego zareagować. Chociaż ja bym się w to nie mieszał...

- Umywasz rączki od polityki? Od kiedy?

- Polityka to gówno. Nie mam zamiaru w nim brodzić – powiedział dosadnie.

Poczuła się dziwnie. Nigdy tak do niej nie mówił. Był gburem, ale nie aż takim.

- Chyba powinniśmy się napić czegoś mocniejszego... i nie mam na myśli herbaty z rumem, która jest ulubionym trunkiem Rosy.

- Potem. Teraz musimy się tam dostać. Nie mogą nas zobaczyć.

- Rzadko kiedy nas widzą. Zapomniałeś już? Rin? Jesteś tam? - popatrzyła na niego zaskoczona.

Mężczyzna pobladł, a na jego skroniach pojawiło się kilka kropel potu. Oczy, które jeszcze przed chwilą przeszywały na wskroś, teraz wydały się jej zamglone i zmęczone.

- Rin! Co z tobą?

- Tak, tak – oprzytomniał. - Obmyślam najkrótszą drogę, wybacz.

- Już myślałam, że mi tu upadniesz. Dobrze się czujesz?

- Tak, wyśmienicie. Chodźmy – ponaglił, łapiąc w płuca porządny haust zimowego powietrza.

Po chwili oboje przemierzali dachy bostońskich domostw. Szło im to zaskakująco... wolno. Zostawał w tyle. Musiała zwolnić, by mógł wyrównać bieg. Zachowywał się dziwnie. Nie patrzył na nią, jakby urągało mu to, że się o niego martwi. Widział to w jej oczach. Gorączkowo mrugała nie dowierzając w to, co widzi, i co rusz pomocnie wyciągała w jego kierunku dłoń. Odtrącał ją. Po czym sam wybierał prostszą drogę. Oboje zdyszani w końcu dotarli na miejsce. Przed budynkiem rzeczywiście zebrała się spora grupa kolonistów. Ryczeli niczym rozjuszone zwierzęta, domagające się pożywienia. Co chwilę w stronę Brytyjczyków szybowały kule brudnego śniegu. Nerwowość wzrastała w szeregach tłuszczy jak i „czerwonych kurtek”. Lara posłała Rinowi porozumiewawcze spojrzenie. Skinął na nią głową i sięgnął w poły kurtki. Wydobywając niespiesznie, kilka noży. Położył je przed sobą, kucając i nie spuszczając wzroku z tłumu. Miał złe przeczucia. Nie tylko za sprawą bardzo ożywionej atmosfery. Rana coraz mocniej dokuczała. Pulsowanie i rwanie w boku niemalże odbierało rozum. Jeszcze to załatwię i potem odpocznę – pomyślał, ukradkiem ścierając z czoła duże krople potu. Naciągnął kaptur mocniej na twarz, zasłaniając ją całkowicie.

Kobieta przesunęła się wzdłuż dachu, kucając na jednej z jego krawędzi. Obluzowane dachówki złowieszczo zachrzęściły pod podeszwami. Przełknęła ślinę, złapała równowagę i przyczaiła się. Znajdujący się pod nimi ludzie nie mieli pojęcia, że obserwowani są przez dwóch zabójców z gildii asasynów. Toczyli swoją prywatną wojnę przeciw Brytyjczykom, cłom i pewnie nie podobało się im to, że od jakiegoś czasu w mieście stacjonował dosyć spory kontyngent brytyjskich żołnierzy. Żołnierzy, którzy szarogęsili się do tego stopnia, że nawet najbardziej wypływowi mieszkańcy miasta coraz częściej dawali im do zrozumienia, że się im to nie podoba.

Na plac przybywało coraz to więcej rozjuszonych. Z niewielkiej grupki zaczynał się formować spory tłum przekrzykujących się mężczyzn i kobiet. Nie minęło sporo czasu, gdy przy budynku zaczął formować się mur, składający się z brytyjskich żołnierzy, którzy podobnie jak ich przeciwnicy do spokojnych raczej nie należeli. Wzmocniona straż stała w równych od siebie odstępach z bronią przygotowaną do strzału. Wystarczyłby tylko rozkaz, a w stronę masy kipiącej od gniewu, zostałaby posłana salwa.
Rin nie ukrywał, że wszystko to, co widzi nie napawało optymizmem. Zerknął na dziewczynę, która nadal, niczym gargulec, tkwiła przycupnięta na rogu dachu. Widział jak w skupieniu obserwuje wydarzenia toczące się na placu.

Podobnie jak Rin, nie miała ochoty na starcie z tak dużą ilością ludzi. Nie znosiła broni palnej, nawet jej nie posiadała, była dla niej zbyt głośna. Choć wielu im podobnych doskonale posługiwało się muszkietami i pistoletami. Oni jednak pozostali wierni swoim ostrzom...

Rin skupił się, odpychając od siebie myśli o poszarpanym boku. W tłumie wypatrzył kilka znajomych twarzy. Zmrużył oczy i skupił się na odszukaniu jeszcze kilku. Szef wspominał mu, że ma się pojawić jeden z kupców, którego szczerze nie znosił, a na którego niedawno pojawiło się zlecenie - tak bardzo przyjemne dla jego kieszeni. Zabójcy zależało na celu. Wyznaczona nagroda za głowę kupca, przewyższała znacznie standardowe kwoty, które pozyskiwał za likwidację niewygodnych typów. Nabrał głęboko powietrza.
Wstał i spokojnie podszedł do dziewczyny. Kucnął za nią i zsunął z głowy okrycie. Przyjemny chłód omiótł rozpalone czoło.
- Nie odwracaj się – nakazał, kładąc jej rękę na ramieniu.
Nie chciał by na niego patrzyła, by zauważyła, że zniknęła nagle jego surowość, oschłość... A pozostał jedynie ból...

- Jak sobie chcesz – odmruknęła.

- Widzisz kogoś znajomego? - zaczął.

- Tak. Po lewej stoją Maverick i Monk. Jest też twój ulubieniec – Raverns. Tam – skinęła głową, wskazując mężczyźnie kierunek.

Uniósł się nieznacznie na palcach i spojrzał w dół. Rzeczywiście, tłusty kupiec stał lekko oddalony od reszty. Towarzyszyło mu trzech osiłków, ubranych w brązowe kurtki. Niestety znajdował się za daleko, by dosięgło go ostrze zabójcy. Sam Rin nie czuł się zaś na tyle dobrze, aby bezszelestnie dostać się do ofiary, zadać cios i zbiec. Ale mogła dokonać tego Lara. Była na tyle szybka i zwinna, że mogłaby zlikwidować kupca, zanim jego goryle zdążyliby się zorientować. Z drugiej strony nie chciał jej narażać. Żadne pieniądze nie są warte życia kogoś... kogo się kocha... Skrzywił się gdy tylko ta myśl powstała w jego głowie.
Żadnych sentymentów – przywołał się do rozsądku.
Mimo to, zaniechał pomysłu.

- Przysięgam, że wykończę go w najbardziej wyszukany sposób, jaki tylko przyjdzie mi do głowy – odsunął się od kobiety i wrócił do poprzedniej pozycji.

- Chciałabym to zobaczyć. Wiem, że masz... fantazję – zachichotała cicho.

- Gdyby nie ci... – zaczął i urwał.

Oboje usłyszeli pojedynczy strzał, potem czyjś przerażony krzyk. Tłum zafalował i cofnął się. W ułamku sekundy ludzie zgromadzeni na placu, zaczęli rzucać w Brytyjczyków brudnym śniegiem, śmieciami i kawałkami lodu. Wściekli bostończycy nacierali.
Nie strzelać! - rozległo się od strony oddziału stojącego przy budynku Giełdy Królewskiej.
Lecz miast powstrzymać się, zdezorientowani żołnierze otwarli ogień w kierunku protestujących. Lara zerwała się i podbiegła do miejsca, gdzie Rin wcześniej ułożył kilka ostrzy. Pochwyciła pierwsze z nich i jednym susem znalazła się na balkonie znajdującym się poniżej dachu. Stamtąd też miała świetny widok na Ravernsa.
- Stój! – usłyszała dobiegający z tyłu głos Rina, ale zignorowała go.
Ześliznęła się na gzyms i z finezją przesunęła po nim, po czym wskoczyła na daszek kolejnego balkonu. Jeszcze jeden i będzie w stanie precyzyjnie wykonać rzut ostrzem. W głowie obliczała odległość, siłę rzutu i ułożenie noża. Dosłownie wszystko. Już miała zeskoczyć na kolejny balkon, kiedy poczuła szarpnięcie i z impetem wylądowała na plecach. Momentalnie zerwała się na nogi doskakując do przeciwnika. Powstrzymała się jednak w ostatniej chwili. Przed nią stał Rin. Blady i spocony, prawą rękę miał unurzaną we krwi, która na jego lewym boku przesiąkała już przez kurtkę. Zatoczył się.

- Co do cholery? – jęknęła, w ostatniej chwili podtrzymując go przed upadkiem.

- Zostaw – wydyszał, upadając na kolana.

- Trafili cię? Jakim cudem?! - jej głos zadrżał.

- Nie oni – odparł z trudem.

- Zatem kto i kiedy? – rozejrzała się niespokojnie.

- W nocy – przycisnął rękę do boku. Syknął cicho z bólu. - Chodźmy stąd, zanim zrobisz jakąś głupotę. – Zmusił się do wyprostowania.

- Niby jaką? - pomogła mu wstać.

- A choćby spróbujesz wyeliminować tego wieprza, co się tak na niego hardo zasadzasz.

- Za Ravernsa jest niezły worek złota, nie przepuszczę okazji. Mam wydatki.

- Jak my wszyscy. – Zakaszlał, a w kąciku jego ust pojawiła się krew.

- Na Boga! - pociągnęła go za sobą, schodząc z budynku.

Miał jeszcze na tyle sił, by nie stanowić dla Lary ciężaru. Musiał jednak polegać na jej wsparciu. Czuł się kiepsko. Nie tylko dlatego, że ból ograniczał ruchy, ale dlatego, że zdany był na łaskę kogoś, kogo nigdy by o nią nie poprosił. Nie chciał litości, ani tym bardziej pomocy. Budował w jej oczach obraz silnego i niezniszczalnego, którego nie jest w stanie dosięgnąć nic prócz... tej cholernej, zabłąkanej kuli.

- Chodź – usłyszał.
Ciemne plamy zatańczył pod powiekami. Bezwładnie osunął się na ziemię, ciężko łapiąc powietrze.

- Rin! Nie tutaj! Wstawaj, bo nas jeszcze ktoś zobaczy! – poczuła, że zaczyna wpadać w panikę.

- Zostaw mnie... idź do domu – powiedział cicho.

- Ani mi się waż tak gadać – pociągnęła go za rękę. - No już! Podnoś dupsko, albo ci w nie zasadzę soczystego kopa! - siłowała się z nim, cedząc przez zęby słowa, które miały zmobilizować go do podjęcia marszu.

- Zostaw! - zasyczał i wyrwał jej dłoń.

Wyprostowała się, nerwowo rozejrzała wokół, po czym kucnęła przy nim, rzucając z oczu snopem iskier. Kiedy się złościła zabawnie marszczyła nos, jak mała dziewczynka, której ojciec zabronił ulubionej czynności.

- Nawet teraz jesteś uparty – prychnęła. – Nie mogę cię rozgryźć, wiesz? Czemuś nic nie powiedział?

- Nie... – wydusił z trudem. - Nie chciałem cię martwić.

- Naprawdę? Chyba się przesłyszałam! Wstawaj do cholery, albo cię na plecach zawlokę. I mam w dupie czerwone kurtki! No dawaj!

- Już – machnął na nią ręką. - Już, koniec. Przestań zachowywać się jak Rosa.

- Co? Osz ty... - warknęła. - Jak możesz być taki...

- Jaki? – powoli podniósł powieki z trudem patrząc w jej załzawione oczy. Dziewczyna powoli traciła kontrolę nad emocjami. Za dużo jak na jeden dzień. Nocne problemy, poranne zatrzymanie, potem rajd po dachach, teraz to... wszystko nie tak jak sobie zaplanowała. I po co wszystko? Po to by musiała patrzeć na śmierć kogoś jej bliskiego, bliższego niż Rosa... ?

- Proszę – jęknęła. - Nie tutaj. Nie w rynsztoku.

- A gdzie? - szeptał bladymi wargami. - Gdzie lepiej umierać takim jak my?

- Nie tutaj – powtórzyła.

Poddał się. Nie miał ani sił, ani argumentów. Ogłuszający ból szarpał każdym nerwem w jego ciele. Czuł chłód i to, jak coraz to bardziej drętwieją mu członki. Najpierw nogi, potem ręce. Głowa stawała się ciężka, jakby ktoś upchał mu pod czaszką spory zapas ołowianego śrutu.
Lara odchodziła od zmysłów. Nerwowo lustrowała otoczenie, kuląc się za każdym razem, kiedy w oddali usłyszała zbliżające się kroki. Panował chaos. Ludzie krzyczeli, słychać było pojedyncze strzały. Stukot obcasów i szurania niósł się echem po zaułku, w którym się schronili. Nie widziała już nadziei w tym, że wyjdą z tego bez szwanku. Po raz kolejny przeklinała siebie i swój los. Szczególnie swoją naiwność i ufność. Mogła nie wychodzić z tej cholernej wanny i jakoś zatrzymać Rina. Już od dawna przeczuwała, że coś się święci. Takie rzeczy się wie. Zdradzają je oczy, drobne gesty, przelotne wykrzywienia warg, jakby chciały bezdźwięcznie powiedzieć, że ich właściciel nie jest tylko przyjacielem. W obecności Rina czuła dziwne ukojenie, jakby zmysły dawały się ponieść fali nieznanego jej spokoju. Irytował, denerwował, a jednak sprawiał, że pomiędzy złością i rozdrażnieniem następowały chwile zupełnej ciszy. Ciszy która okazywała się balsamem na zranioną i samotną duszę. Nie mogła pozwolić mu umrzeć.

Zacisnęła zęby i desperacko spróbowała podnieść. Kiedy już straciła nadzieję, że uda jej się tego dokonać, usłyszała za sobą szmery, ciche, ledwo dosłyszalne. Nim zdążyła wykonać ruch, ktoś złapał ją pod pachę i odciągnął od nieprzytomnego. Szybko zorientowała się, że nie musi się niczego obawiać. Obok stali dobrze znani towarzysze broni. Nie ukrywała, że ten widok ją uspokoił, choć strach o umierającego nadal obezwładniał.

- Zabierzcie go – jęknęła, pociągając nosem. - Zanieście do mnie. Rosa was wpuści.

- Idź – usłyszała. - Spotkamy się na miejscu, ale nie tędy – jeden z przybyłych wskazał na ulicę. - Za dużo ludzi. Wróć tą samą drogą, która tu przybyliście. My pójdziemy inną. Już! Co tak stoisz! Wynocha! – podniósł głos.

Przytaknęła, spoglądając mężczyźnie w twarz. Rosły zabójca odwrócił się od niej i z towarzyszącym mu pomagierem zniknęli w półmroku zaułka. Wiedziała którędy pójdą. Nie mieli na sobie ubrań gildii, wyglądali na zwykłych pomocników sklepikarza. W przeciwieństwie do Rina, no i do niej. I choć może ich strój zbytnio nie różnił się od zwyczajnych, to nosił znamiona kręgu. Nie ważne gdzie by się pojawili, co bardziej spostrzegawczy wiedzieliby kim są. Nie umknął jej uwadze jeszcze jeden szczegół. Nosiła spodnie... Kobiety nie zakładały tej typowo męskiej części garderoby. Musiała więc pozostać niewidoczna.
Szybko wspięła się na dach budynku, pokonując kilka balkonów i gzymsów. Z góry mogła bez przeszkód przyjrzeć się temu, co działo się na placu, jak i na ulicach. Wszędzie dostrzegała czerwone kurtki, biegających w panice ludzi, szarpiących się z żołnierzami, czy bijących pomiędzy sobą. Z niedowierzaniem patrzyła jak jej rodzinne miasto zamienia się w pole walki.
Wróciła myślami do Rina. Bez ustanku obwiniając się za swój brak spostrzegawczości. Była przekonana, że jest niezniszczalny, nie do zabicia, że na zawsze pozostanie jej niewidzialną opoką, której tak bardzo potrzebowała. Teraz wszystko stawało się klarowne, rzeczywiste i namacalne. Wszystkie wspólne zlecenia, pilnowania tyłków, osłanianie... wszystko miało swój powód. A ona zaślepiona przygodnymi miłostkami i falami namiętności, nie dostrzegała niczego prócz samej siebie. Przecież liczyła się przyjemność, dreszcz emocji, a nie jakieś stabilizacje. Stałe związki nie należały do tych rzeczy, które ją podniecały. Zostawiała je innym. Ona się bawiła. Poznawała swoje ciało. Kawałek po kawałeczku, rozkoszując się przyjemnymi dreszczami i podnietami, o których dobrze wychowana panna nie zwykła mówić na głos. Jej kochankowie zaspokajali ją. Drażnili tę strunę duszy, która pożądała spełnienia. Tyle przegapiła, na tyle rzeczy okazała się ślepa, tylu rzeczy nie rozszyfrowała, pozwoliła im sczeznąć w otchłani obojętności i własnego zaślepienia.
Głupia – zasyczała do siebie.
Miała wrażenie, że ktoś przywiązał jej do kończyn ciężkie kamienie. Każdy ruch sprawiał trudność. Męczyła się. Ostatni dach pokonała niemalże na kolanach. Nie rozumiała tego stanu, po części nie chciała go zrozumieć. Dziwny ból, który toczył od środka, potęgował się z każdym krokiem. Wiedziała, że ten dzień nie skończy się dobrze, że czerwona łuna zachodzącego słońca krwawo zaleje ulice i dachy. To stanie się namacalne, tak żywe, że będzie mogła zanurzyć w nich rękę czując na palcach lepkość krzepnącej, chłodnej posoki.

Już była prawie na miejscu.
Jeszcze tylko jeden skok i znajdzie się w bezpiecznej przystani, jaką jest pracownia krawiecka. Z ulgą dopadła drzwi i weszła do środka. Gorączkowo przebiegła korytarz i wpadła do łazienki.
Tam przywitała ją Rosa. Nie odezwała się słowem. Zgromiła tylko wzrokiem, po czym wyszła zabierając ze sobą miskę i kilka szarawych szmatek.
Lara zatrzymała się wpół kroku, jakby chciała coś jeszcze zrobić, ale nagle zapomniała co to miało być. Zrzuciła z grzbietu kurtkę, ciskając ją w kąt, po czym wybiegła na korytarzyk trzaskając drzwiami. Stanęła u szczytu schodów i odprowadziła wzrokiem przyjaciółkę, która niezgrabnie schodziła na parter. W holu zobaczyła tych samych mężczyzn, którzy zabrali Rina. Przywitali ją skinieniem głów. Weszli za Rosą do pomieszczenia znajdującego się tuż przy schodkach. Pokonała je w mgnieniu oka.
Wewnątrz panował półmrok. Wpół zasłonięte kotary zabierały pomieszczeniu jego piękno, tworząc coś na wzór upiornej ciemni. Nie bacząc na nikogo, przecisnęła się w stronę łóżka. Leżący na nim oddychał ciężko. Zdążyli go już rozebrać do połowy, by odsłonić miejsce postrzału. Nadal jednak miał na nogach ubłocone spodnie i buciory.
Nie czekając, aż Rosa zabierze się za oczyszczanie rany, krzyknęła:

- Wynocha! Już was tu nie ma! Poradzę sobie.
Nieznane wcześniej uczucie, płynące wprost z głębi umęczonego serca, nakazywało obowiązek zajęcia się rannym. Obowiązek? Nie, to nie był obowiązek. To była chęć ratowania ukochanej osoby.
Podeszła do okna i odsłoniła zasłony. Przyjaciółka chciała zaprotestować, ale widząc wyraz jej twarzy zrezygnowała. Dwaj jegomoście ulotnili się, nie odzywając słowem.

- Rosa! - zatrzymała ją w drzwiach. - Przynieś mi, proszę, jeszcze bandaży. Tego tu jest za mało – wskazała na miskę i szmatki leżące na stoliku obok posłania. – Poślij po medyka!

Kobieta przytaknęła i posłała jej pełen ciepła uśmiech. Lara poczuła, że gniew nagle ulatnia się z niej, niczym przekłuta szpilką bańka mydlana. Miast niego pojawił się strach. Obezwładniający i zagłuszający racjonalne myślenie. Poczuła jak dłonie zaczynają się jej trząść, a ślina w ustach gęstnieje, tworząc nieprzyjemną maź oblepiająca język i gardło. Poczuła potrzebę napicia się czegoś. Gorączkowo rozejrzała się wokół, ale nic prócz butelki rumu nie znalazła. Odkorkowała trunek i wychyliła flaszkę wlewając w siebie porządny haust alkoholu. Momentalnie się zakrztusiła. Alkohol zapiekł, ale po chwili przyjemnie rozgrzał wnętrzności. Teraz była gotowa na wszystko. Podeszła do łóżka, odstawiając butelkę z rumem na stoliku tuż obok. Wtedy też weszła Rosa niosąc w ręku potrzebne bandaże. Podziękowała i wyprosiła. Została sam na sam z Rinem. Nie wiedziała czy śpi, czy jest nieprzytomny. Obserwowała przez chwilę jak jego klatka piersiowa unosi się i opada w niemiarowym tańcu życia i śmierci. Pochyliła się i odgarnęła kosmyki z jego twarzy. Nieznacznie zareagował na jej dotyk. Uchylił powieki i spojrzał na nią zamglonym, półprzytomnym wzrokiem. Uśmiechnęła się i ostrożnie zabrała się za obmywanie rany. Wiedziała, że w jej wnętrzu nadal tkwiła kula, lecz nie potrafiła jej wydobyć, nie umiała. Musiała cierpliwe poczekać aż sprowadzą lekarza, a przynajmniej miała nadzieję, że Rosa już poczyniła odpowiednie kroki w kwestii sprowadzenia medyka.

- Widzisz – odezwała się cicho. - Nie umrzesz w rynsztoku. Nie pozwoliłabym na to... Nigdy!

Nie odpowiedział, ale wiedziała, że słyszał. Mięśnie na jego twarzy zadrgały, lekko dając znać, że jest przytomny. Kontynuowała zabiegi najdelikatniej jak potrafiła. Miejsce postrzelenia miał opuchnięte i tkliwe. Za każdym razem wzdrygał się, kiedy dotykała jego skóry. Przerażała ją jego bladość. Nie przypominał siebie. Śniada skóra nagle straciła swój ton. Poczucie winy w niej kiełkowało. Zagłuszało racjonalne myślenie. Nie wiedziała czy ma się rozpłakać, czy też zostać niewzruszona niczym skała. Każde emocje były sprzeczne. Dezorientowały ją. Świat rozmywał się przed oczami jak w kalejdoskopie, co rusz przybierając nowe formy. Nie pamiętała czy zemdlała, czy może ktoś ją ogłuszył. Obudziła się skulona na drewnianej podłodze, zlana zimnym potem. Na zewnątrz panował mrok. Obok łóżka ktoś postawił świecę, która zdążyła już wypalić się do połowy. Zerwała się i podbiegła do towarzysza. Spał. Jego brzuch ktoś dokładnie i szczelnie zabandażował. Przez materiał przebijała się krwawa plama z wysączonej, świeżej rany. Dotknęła jego czoła. Chyba nie miał gorączki. Wysuszone na wiór usta szpeciły twarz. Więc jednak ma gorączkę. Westchnęła. Dotyk go zbudził. Miała wrażenie, że czuje się już lepiej. Delikatnie przysiadła na brzegu łóżka. Ich spojrzenia się skrzyżowały. Wibrująca cisza zawisła między nimi, niczym naostrzony sztylet. Cofnęła rękę. Jeszcze jakiś czas temu miała mu tyle do powiedzenia, teraz nagle wszystko ulotniło się, pozostawiając jedynie brzęczącą pustkę. Otwierała usta, próbując wydobyć z siebie choć jeden dźwięk. Na próżno. Spuściła więc wzrok i niepewnie ujęła dłoń Rina. Od razu poczuła się lepiej. Widocznie nie potrafiła patrzeć mu w twarz.

- Już jest dobrze – usłyszała.

- Nie, nie jest – westchnęła zaciskając mocniej palce na jego nadgarstku.

- Chciałem mieć cię tylko dla siebie – zaczął. - Ale ty byłaś nieosiągalna. Należałaś do świata, który cię kreował, upajałaś się nim. Poddawałaś się absolutnie. Płynęłaś na falach wzburzonego morza, nie patrząc na innych. Było tylko to, co znajdowało się przed tobą. Reszta się rozmywała, zatracała. Nie widziałaś, że jestem zawsze krok za tobą. Zawsze gotowy, by osłonić przed wszelaką niegodziwością i niesprawiedliwością. Nie pozwalałem ci się rozwinąć. Nie pozwalałem upaść. Nie pozwalałem poczuć smaku porażki. Przepraszam.

- Co ty mówisz? Nic z tego nie rozumiem! - jęknęła.

- Dobrze rozumiesz – wyszeptał, zamykając ciężko powieki. - Bardzo dobrze rozumiesz.

Załkała. Puściła jego rękę i ukryła twarz w dłoniach. Nie chciała aby widział jak dosięga dna rozpaczy. Po raz pierwszy od bardzo dawna płakała szczerze. Nie były to wymuszone, teatralne łzy, którymi raczyła nierzadko swe ofiary, odgrywając rolę biednej szwaczki. Teraz płynęły grubymi wstęgami, mocząc policzki.

- Jesteś moim... nie wolno ci... nam... nie wolno nam nawet myśleć...

- Wolno. Wszystko nam wolno. Nie pamiętasz? Nie pamiętasz jak powiedziałem kiedyś, że nasze życie jest ulotne. Skazane jedynie na cierpienie? – przemawiał cicho, łapczywie chwytając powietrze.

- Pamiętam.

- A jednak mnie słuchałaś – uśmiechnął się z trudem.

- Zawsze słucham, choć czasem jesteś cholernym gburem – głośno pociągnęła nosem.

- Nie byłbym sobą, gdybym nim nie był. – Zakaszlał.

Posłała mu pełne współczucia spojrzenie. Bolało ją jego cierpienie. Ponownie ujęła jego dłoń i odważyła się spojrzeć w oczy. Jej policzki nadal błyszczały od łez, choć przestała już płakać.

- Chodź – wyciągnął w jej stronę wolną rękę. - Chodź, połóż się obok mnie – ciemne oczy wpatrywały się w nią intensywnie. Tak jakby od spełnienia tej prośby zależało życie ich właściciela.

Na początku się zmieszała. Jednak zrobiła o co prosił. Miejsca nie mieli wiele, więc balansując pomiędzy krawędzią, a minimalną powierzchnią łóżka ułożyła się w miarę wygodnie. Objął ją ramieniem, a ona złożyła głowę na jego klatce piersiowej. Ostrożnie, badając czy niechcący go nie urazi. Na szczęście rana znajdowała się po drugiej stronie. Nie chciała nic mówić. Otoczyła ich intymność jakiej nigdy w życiu nie zaznali. Otuliła miękko, osadzając się na ciałach niczym poranna mgła. W skupieniu wsłuchiwała się w miarowe bicie serca Rina. Miała ochotę wpleść palce w jego włosy, a twarz obsypać setkami pocałunków. Nagła czułość wzbierała nagłymi falami. Rozpalała wnętrze od środka. Bała się jednak. Nadal był dla niej tajemnicą, choć powoli rozszyfrowywała każde przezeń wypowiedziane słowo. Nawet w drobnych złośliwościach doszukiwała się ukrytych znaczeń. Przywoływała w pamięci gesty, ukradkowe spojrzenia, dotyk, jakby od niechcenia, muśniecie palcami materii czy ostrza. Wszystko układało się w jedną spójność. Chciała kląć na głos. Przeklinać się. Milczała jednak tuląc się do Rina, który delikatnie ją obejmował.

- Przepraszam – odezwała się, przerywając ciszę.

- Za co? - spytał.

- Po prostu przepraszam...

- Śpij – odrzekł. - Rano wszystko zaczniesz od początku. Musisz być wypoczęta.

- Tylko jedną rzecz mam zamiar zacząć od początku – skwitowała. – Nas. Nadal tu będę i ty też.

Zamilkła. Przez chwilę chciała wstać i wyjść. Postanowiła jednak zostać. Miała gdzieś, że Rosa zastanie ją w ramionach Rina. W sumie to chciała by ją znalazła. Od teraz nie chciała grać rólek. Miał rację. Jutro nastanie nowy, lepszy dzień. Obudzi się i wszystko poukłada się po jej myśli. List od Raniera spali. Tak spali przeszłość. Będzie się liczyło tu i teraz. Bez gierek. Koniec z byciem skrytobójcą, koniec z zabijaniem. Poczeka aż Rin wydobrzeje, wsiądą na statek i odpłyną stąd. Dokąd? Cholera wie dokąd! Byle jak najdalej stąd, odcinając się od przeszłości. Koniec z tym wszystkim, teraz czas spać. Czas odpocząć.

Wtuliła się w mężczyznę jeszcze mocniej. Zamknęła powieki i pozwoliła by sen opadł na nie ciężko. Nawet nie wiedziała, kiedy wpadła w ramiona Morfeusza. Czuła się bezpiecznie jak nigdy przedtem. Zaznawała spokoju, którego smak delikatnie rozpływał się w jej wnętrzu. Był słodyczą, której łaknęła.

Rin czuł jak zasypia. Pogładził ją delikatnie po plecach i sam zamknął oczy. Wiedział, że nie dotrwa do świtu. Czuł, że życie, którego się tak kurczowo trzymał, gaśnie. I to bardzo szybko. Każdy oddech sprawiał cierpienie. Czas okuty w kościste palce kostuchy nieubłaganie wyciągał w jego stronę swe obmierzłe łapska.
Jeszcze chwilę... – błagał w duchu, walcząc o każdy oddech. Jeszcze chwilę daj mi się nacieszyć jej ciepłem, jej widokiem... potem możesz mnie zabrać gdzie chcesz, nawet na samo dno piekła – mówił szeptem. - Jeszcze chwilę...

Biała mgła powoli zasnuwała jego źrenice. Oddech stawał się coraz to płytszy. Koniec. Ostatni wydech, ostatnie uderzenie serca, ostatni zapach przed śmiercią... ostatni... Nie walczył, już nie chciał. Niech jest właśnie tak. Spokojnie, bezpiecznie i cicho. Niech tak właśnie jest...

Larę obudziło ostre zimowe słonce. Zmrużyła powieki i delikatnie się uśmiechnęła. Nowy początek – pomyślała. Uniosła się na ramionach i zerknęła w stronę rannego.

- Rin, mamy ranek. Jest pięknie – szepnęła mu do ucha.

Lecz nie otrzymała odpowiedzi. Nie drgnął. Żaden mięsień nie zareagował na jej głos.

- Rin? - zaniepokoiła się.

Dotknęła opuszkami jego twarzy. Skóra stężała. Nie była jeszcze lodowata, ale nie należała już do żywej istoty.

- Rin! - potrząsnęła nim lekko. - Rin! Obudź się, do cholery!

I tym razem nie usłyszała odpowiedzi. Powoli docierało do niej, że człowiek, z którym zaczynała wiązać swoją przyszłość... odszedł. Tak zwyczajnie. Nie ma go. Pobladła. Krew odpłynęła z twarzy formując na niej kredowobiałą maskę. Nie wiedziała czy ma zacząć krzyczeć, czy może zamilknąć. Chciała szarpać nim tak długo aż się obudzi i ją za to okrzyczy. Czy to by jednak coś dało?
Przepełniona żalem, poczuciem niesprawiedliwości wstała, podeszła do drzwi i otworzyła je na oścież:

- Rosa! - krzyknęła.

Po chwili u szczytu schodów pojawiła się pulchna kobieta otulona wełnianym szalem.

- Rosa! - Ponowiła wołanie.

- Idę przecież – ziewnęła, zasłaniając usta dłonią.

- Idź po... – Lara załkała, a po chwili jej szloch przemienił się w pełen goryczy płacz. - Idź po szefa. Nie musiała mówić nic więcej. Rosa zrozumiała. Chwilę potem do uszu Lary dobiegło trzaśnięcie drzwi.
Zawróciła do łóżka. Na twarzy Rina zastygał pełen spokoju i ukojenia uśmiech. Przyglądała mu się z rozpaczą w sercu. Zamknęła drzwi pokoju i podeszła do szafki. Wysunęła z niej szufladkę i sięgnęła do schowka. Szkło flakoniku błysnęło pomiędzy palcami, kiedy cisnęła jego korek. Tylko jedną rzecz mam zamiar zacząć od początku – szepnęła płaczliwie, układając się obok Rina. Wtuliła się w chłodniejące ciało – Nas. Wypiła zawartość flaszki i odrzuciła ją na podłogę. Nadal tu będę i ty też... Pójdę za tobą wszędzie...