Hot Girl

HOT GIRL

Hot Girl

   Po pokoju roznosi się cichy, jednolity dźwięk budzika. Raz, dwa, trzy - przerwa. Za chwilę płynne dźwięki znowu odbijają się od ścian. Cały cykl powtarza się równo dziesięć razy. Trzydzieści sekund - właśnie tyle czasu potrzebuję, żeby sięgnąć po hałasujące ustrojstwo i je wyłączyć.
   Dziś jednak nie przejmuję się jego natarczywym brzęczeniem,  nie martwię się też tym, że zacznie przeszkadzać śpiącemu w sąsiednim pokoju rodzeństwu. Jego dźwięk jest cichy, za cichy jak na urządzenie, które ma za zadanie kogokolwiek zbudzić. Baterie są już stare, tak jak i samo urządzenie, ale nie chcę go wyrzucać. Stoi na czarnym blacie i brzęczy tak każdego ranka, coraz ciszej i słabiej, aż któregoś dnia umilknie zupełnie i już mnie nie obudzi.


   Nie lubiłam o tym myśleć.


   Dziś jednak to ja byłam pierwsza. Zanim promienie słońca wdarły się przez okno do pokoju, byłam już całkowicie rozbudzona. Leżąc na plecach długo wpatrywałam się w ciemny, lekko odrapany sufit, a dłonie wędrowały nerwowo po ciele. Przyciskając palce do brzucha nabierałam powietrza, chwilę trzymałam w płucach, a następnie  wypuszczałam z cichym syknięciem. Tak jak budzik miał swój rytm, tak i ja miałam swoje nawyki. Każdego poranka.
   Teraz jednak promienie słońca wpadają do pokoju i przeplatają się na ścianie z cieniami rzucanymi przez gałęzie drzew. Przez uchylone okno wpadają proste poranne dźwięki - ćwierk skowronka miesza się z odległym poświstem kosa. Zamykam na chwilę oczy i próbuję wsłuchać się w jego trel. Za każdym razem śpiew jest inny, nigdy się nie powtarza. Ptaszyna zawsze tworzy nowe wersy swych opowieści, a ja chętnie ich słucham. Kiedy podnoszę powieki, mój wzrok pada na stojącą przede mną postać. Ma duże, ciemne oczy, lekko podpuchnięte i opadające ku wewnętrzemu kącikowi. Między brwiami odznacza się płytka bruzda, a spierzchnięte usta drgają nerwowo. Szklana tafla już od wielu lat odbija to samo ciało i twarz. Unoszę ręce, a odbicie robi to samo. Kiedy kładę dłonie na talii, ono również powtarza gest.
   Chyba znowu schudłam.


   Zdaję sobie sprawę, że budzik przestał już dzwonić, więc rzucam w jego kierunku krótkie, uważne spojrzenie. Jasna tarcza, na której znajduje się cienka wskazówka,  informuje mnie, że zbliża się wpół do szóstej rano. Wiedząc, że i tak mam czas i nie muszę nigdzie iść, to jednak czuję, że jestem spóźniona. No tak - ćwiczenia. Powinnam właśnie zaczynać. To nic, że jest tak wcześnie, w końcu nadeszła wiosna, więc mrok nocy szybko się wycofuje. Tak szybko, że nawet nie zauważyłam tej zmiany, choć nie śpię od dobrej godziny, a od dziesięciu minut stoję przed lustrem i wpatruję się w swoje odbicie.
   Ciągle to samo.
   Przekręcam głowę w lewo i w prawo, czując, jak krew nieprzyjemnie buzuje w czaszce. Dudni i rozpiera żyły, jakby zaraz miały eksplodować. Przez chwilę mam wrażenie, że upadnę, ale szybko łapię  kilka wdechów i chwytam za krawędź półki.
   Wdech i wydech.
   Nieprzyjemne uczucie mija tak szybko, jak się pojawiło, ale w zamian z brzucha wydobywa się cichy pomruk.
   Jeść - woła organizm.
   Pić - myśli mózg.
   Zaciskam usta i przekręcam głowę w stronę okna. Kos nie odezwał się już więcej. Prawdopodobnie odleciał.

***
   Nigdy nie sądziłam, że mogę być jak z obrazka. Będąc nastolatką uważałam się za pospolitą dziewczynę, a jako dorosła myślałam,  że niezbyt atrakcyjna ze mnie kobieta. Nie skłamię mówiąc, że kiedy weszłam w okres dojrzewania, moje ciało zmieniło się nie do poznania. Nabrałam kobiecych kształtów aż zbyt mocno. Niegdyś szczupłe, kościste biodra z biegiem czasu zaokrągliły się, a ramiona, biust i policzki wydęły jak nadmuchany balon. Tak się czułam - jak mały, nadmuchany balonik, w dodatku pełen krost i blizn, ale w dalszym ciągu całkiem szczęśliwy.
   Nie pamiętam już, czy tak sobie wmawiałam, czy rzeczywiście czułam się dobrze.


   Nie tylko okres dojrzewania, ale i czasy szkolne były dla mnie boleśnie wymagające. Mimo siedzenia w pierwszej ławce nie byłam kujonem - czasami ledwo nadążałam z materiałem, ale i to nie zgasiło we mnie młodego ducha. Ciągle śmiałam się i żartowałam, spotykałam z przyjaciółmi i starałam się nawiązać pierwsze nieśmiałe relacje damsko-męskie.
   Taka właśnie byłam, ponieważ tego ode mnie oczekiwano.
   Wewnątrz krzyczałam.
   Nie lubiłam swojej figury, ale lubiłam jeść. Kiedy sprawdzian poszedł źle - sięgałam po ciastko. Kiedy nudziło mi się i nie wiedziałam co robić - słona przekąska natychmiast lądowała w dłoniach. Nie opychałam się bez opamiętania, przez cały ranek i przedpołudnie mogłam nie jeść kompletnie nic, ale w domu napełniałam żołądek pysznym obiadem, a potem przekąskami. Często szłam spać bez kolacji. Nic dziwnego, że waga skakała raz w dół, raz w górę, a ja nie czułam się z tym dobrze.


   Korytarz szkolny był pierwszym miejscem, w którym zetknęłam się z ideałem kobiecości. Dziewczyny o długich nogach, szczupłych biodrach i talii, pięknych, zadbanych włosach i cerze niczym z okładek, były tymi Hot Girl z kolorowych magazynów. Nie tylko chłopacy, ale również i inne, mniej atrakcyjne dziewczyny, oblegały te piękne i zasypywały je komplementami. Ja też chciałam być Hot Girl.


   Mimo to nie robiłam absolutnie nic, by stanąć choć o krok bliżej ideału, a lata leciały. W międzyczasie pojawiło się więcej problemów, które lubiłam zajadać, lub wręcz przeciwnie - nie mogłam z ich powodu przełknąć nawet kęsa. Nigdy nie byłam gruba, ale szczupła też nie. Niski wzrost, problematyczna cera i szerokie biodra sprawiały, że czułam się źle we własnej skórze i nienawidziałam tego, jak wyglądam. Nawet nie byłam średnia, a przecież kiedyś chciałam być hot.


   Telewizja co chwilę syciła moje oczy pięknymi, wysportowanymi, chudymi jak patyk modelkami, do których stóp padali najprzystojniejsi mężczyźni. Radio grzmiało o nowych dietach cud, a gazety lansowały zdrowy tryb życia.
   Nie chciałam, żeby padano przede mną na kolana.
   Chciałam tylko przestać odczuwać wstyd.


   Kiedy zauważałam, że przy przejściu dla pieszych stoi jakaś ładna dziewczyna, przyśpieszałam kroku. Wiedziałam, że samochód szybciej zatrzyma się przed ładną buzią i figurą - choćby tylko po to, żeby kierowca mógł nasycyć wzrok. Co ja z tego miałam? Mogłam na tym skorzystać i przemierzyć szybciej ruchliwą ulicę. Czułam się wtedy jak pasożyt żerujący na atrakcyjności innej kobiety.


   Będąc już dorosłą kobietą moje wnętrze wciąż wypełniał lęk, a samoocena nadal oscylowała na niebezpiecznie niskim poziomie. Wiele demonów, które kiedyś udawało mi się utrzymać na dystans, położyło swoje oślizgłe łapska na moich ramionach. Były tak ciężkie, że czasem nie miałam siły nawet wstać z łóżka.
   Zaszyłam się więc we własnym świecie, kreowałam siebie jako kogoś, kto ma misję do spełnienia, byłam istotą, która miała być KIMŚ, ale jednocześnie czułam się nikim.


   Pewnego dnia z całej siły uderzyłam pięścią w mur, który zbudowałam wokół siebie. Nie pęknął, ale wyraźnie się zahwiał.

   Zbuntowałam się.
   Pomyślałam, że skoro nie mogę walczyć ze swoimi fobiami, strachem i nieśmiałością, to mogę chociaż chwycić za pysk to, co jestem w stanie utrzymać.


   Przestałam więc jeść.


   Kiedy sięgam myślą wstecz, myślę, że był to czas pełen złości i pewnego rodzaju próby charakteru, ale zdecydowanie nie był najgorszym, bo ten miał dopiero nadejść.

   W tamtym okresie czułam się samotna i nic nie warta.
   Przewracanie się z boku na bok podczas bezsennych nocy, bóle głowy i brzucha, chęć wyrwania z ust innych ludzi choć kęsa kanapki - to wszystko wcale nie było najstraszniejsze.
   Nie pamiętam, ile trwałam w takiej desperacji, ale zdecydowanie nie zdałam egzaminu z wytrwałości, co było tylko dodatkowym kopniakiem prosto w trzewia. Szybko wróciłam do dawnego apetytu i, co za tym idzie, również wagi, a media ciągle huczały o pięknej, idealnej sylwetce. A to na lato, a to przed sylwestrem lub na wiosnę.


   Zaczęłam więc ćwiczyć.


   Bieganie było tym, co jako pierwsze pozwoliło mi po latach poczuć choć ułamek radości. Biegałam naprawdę długo. Po schodach w domu, na polu, kiedy było jeszcze ciemno. Przeskakując ponad zamarzniętym śniegiem i nie myśląc o mroźnej temperaturze dawałam z siebie wszystko. Cieszyło mnie, kiedy wracałam do domu i prawie wymiotując ze zmęczenia spoglądałam na swoje odbicie. Po raz pierwszy w życiu lubiłam ten widok. Czasami nie mogłam się ruszać - tak bardzo bolały mnie plecy, ale mimo to zmuszałam się do późniejszych ćwiczeń.
   To nie było najmądrzejsze posunięcie, więc znowu po jakimś czasie zauważyłam, że coraz częściej chwytam za zbyt dużą - w moim mniemaniu - ilość jedzenia.
   Tym razem nie poddałam się, zmieniłam tylko taktykę.


   Zaczęłam liczyć kalorie.


   Na przestrzeni tych wszystkich wydarzeń, decyzji i zmian - ta była i jest najgorszą.
   Początkowa zabawa i frajda, jaką sprawiało mi obliczanie kaloryczności posiłków i przekąsek, jedzenie tylko tego, co wydawało się zdrowe i fit, ćwiczenie do upadłego - to wszystko powoli zmieniło się w obsesję.
   Czasami ktoś rzucił uwagę, że przesadzam.
   Czasami gratulowano mi uporu i nazywano niesamowitą.
   A ja wcale nie czuję się szczęśliwsza.

***
   Słońce stoi już całkiem wysoko na niebie. Odwracam się więc od lustra i przechylając butelkę wody zastanawiam się, co i ile powinnam zjeść w ciągu dnia, żeby stać się tą Hot Girl, którą chciałam być lata temu. Tą dziewczyną, która jest symbolem piękna. Może już nie jest, może teraz na topie są szersze kształty, bardziej Rubensowskie. Czasami tak chyba właśnie mówią. Może wcale nie trzeba być już fit girl.
   Ocieram usta i przechylam głowę w stronę okna.
   Kos wrócił. Znowu ćwierka zupełnie nowe frazy.
   Za ścianą już nikt nie śpi. Każdy zajął się swoim życiem, swoimi problemami.
   Dlatego i ja milczę.
   Może wizja pięknego, kobiecego ciała się zmieniła. Może ja się zmieniłam. Może już jestem Hot Girl.
   Wychylam się, szukając wzrokiem czarnych piór i pomarańczowego dzioba.
   Czasem myślę, żeby przestać, że już jest okej.
   Czasem myślę, że wciąż nie jestem wystarczająco hot.


   Jest. Widzę go na gałęzi jednego z drzew. Siedzi z dziobem skierowanym w stronę nieba i od czasu do czasu potrząsa skrzydłami.
   Uśmiecham się, choć wiem, że dziś, jutro, pojutrze i każdego kolejnego dnia będę staczać nierówną, samotną bitwę.
   Dlatego nie oglądam już telewizji, nie słucham radia i nie przeglądam gazet.


   Staram się po prostu żyć.