Tatuś

Tatuś

Tatuś

–  Jak smakuje, córciu? – zapytał z uśmiechem na twarzy.

– Pyszne – kąciki jej ust uniosły się do góry. – Sam to przyrządziłeś, tatusiu?

Wyprostował się dumnie.

– Oczywiście. To wołowina w sosie chrzanowym. Możesz być ze mnie dumna.

– Jestem, tatusiu – odpowiedziała, siląc się, by wyglądać na zadowoloną.

Różowa chmurka namalowana na zamurowanym oknie wystawała zza jego głowy. Nienawidziła jej, tak samo jak zwierzątek namalowanych na ścianach. Wszystko było tu szczęśliwe i plastikowe. Meble, sztućce, wiadro na nieczystości, które opróżniał raz dziennie. Od jakiegoś czasu grała w jego grę, pozwalała mu się czesać i przebierać. Nie drżała już, kiedy ją wąchał, pomrukując z cicha. I chyba udało się jej uśpić jego czujność. Wczoraj podarował jej cienie do powiek i lusterko. Nie tandetną zabawkę, ale prawdziwe szklane lusterko. Rozbiła je i owinęła największy odprysk w pończochę. Wetknęła za pasek i wyczekiwała okazji.

Skończyli jeść, wytarł usta serwetką, wstał i podszedł do niej.

– Smakowało? - zapytał, pochylając się, żeby pocałować ją w policzek.

– Bardzo - odparła z uśmiechem i sięgnęła za plecy. Wyrwała się z krzesła, tnąc ostrzem wzdłuż brzucha. Złapała klucz u jego szyi, zerwała z łańcuszka i rzuciła się w kierunku żeliwnych drzwi. Wrzeszczał z bólu i biegł za nią, ale trzewia wysunęły się z rany i zaplątał się w nie.

Wymiotując przekręcała klucz w zamku. On cichł wierzgając nogami w kałuży krwi i wnętrzności. Otworzyła drzwi i zobaczyła za nimi kolejne, tym razem zamykane na zamek szyfrowy. Wiedziała, że od niego już nie pozna kombinacji.