***

Kiedy zachodzi słońce

***

Pozamykała wszystkie drzwi i okna. Zrobiła jeszcze jeden, ostatni obchód po swoim malutkim mieszkaniu, zaglądając za każdą kanapę i firankę. Nasłuchiwała ciszy przez bite pięć minut, by upewnić się, że nikt nie stoi pod jej drzwiami. W sypialni zasunęła rolety do połowy, by choć odrobina światła ulicznych latarni oświetlała pomieszczenie. Cienie dawały jej koszmary, ale to w całkowitej ciemności traciła zmysły.

Dwa głębokie oddechy. Wślizgnęła się pod kołdrę, najszybciej jak mogła, gasząc światło po drodze. Zalała ją chwilowa ciemność.

Zamknij oczy. Zamknij te cholerne oczy!

Wieczorem poszła biegać; zmusiła swoje leniwe ciało do nieludzkiego wysiłku. Wszystko po to, by jak najszybciej usnąć. Kluczem do sukcesu było zachowanie spokoju.

Cienie na ścianach już się wydłużały, a ona nadal nie zamykała oczu. Twarze wykrzywiały się z plakatów, a na komodzie usiadł niematerialny gargulec.
Smugom światła wyrastały skrzydła.

Co wieczór działo się co innego. Wczoraj był to pijany włamywacz. Dzisiaj istoty nie z tego świata.
 Nie pomagały tabletki ani medytacja. Podskakiwała przy najcichszym dźwięku i bała się własnego cienia.

To ja panuję nad swoimi myślami. Nie na odwrót!
Powtarzała jak mantrę, próbując się uspokoić.

Serce bębniło jej w uszach, rozrywając ciszę panującą w pomieszczeniu na kawałki.
Anioł zawisnął nad nią, grożąc mieczem demonowi zgarbionemu w kącie.
Wiedziała już, że nie da rady. Będzie płakała, aż wycieńczenie nie ukołysze jej do snu.
Zawinęła kołdrę pod stopami, jakby to miałoby ją uratować przed dotykiem potworów czających się w każdym rogu.
Leżała z otwartymi oczami, a na jej suficie, toczyła się walka między piekłem a niebem