Amanda

Amanda

Amanda

Kiedy do sypialni prześliznęły się przez podłużne szpary między żaluzjami poranne wiązki wiosennego słońca, Kaśka powoli otworzyła jedno oko. Czuła się blada, napuchnięta i potargana, miała przekrwione oczy i wszystko w środku wyschnięte na wiórek. Mogła się założyć, że leżąca obok niej Amanda wygląda jak zwykle nieskazitelnie, pełen makijaż, nietknięta fryzura, seksowne opalone ramionko zerkające spod koronkowej bielizny. Odprasowana pinda.

Amanda wyskoczyła z łóżka sprężyście, oczywiście, że tak, bo przecież miała do zrobienia poranną sesję jogi. Ashtangi. Zmieniała pozycje dynamicznie i bez jednego stęknięcia. Na skroni nie wyszła jej nawet żyłka, policzki nie nabrały tej charakterystycznej buraczanej barwy, którą Kaśka znała ze swoich nieregularnych zajęć fat burning. Kaśka miała nawet plan żeby dzisiaj przed robotą iść na siłownię, ale wczoraj do późnej nocy rozwieszała pranie, myła naczynia i prasowała koszule na spotkanie w pracy. A potem zasnęła nad książką. Chciała, a przynajmniej jakaś taka jasna, szlachetna, dojrzała część Kaśki uznała, że warto byłoby przeczytać coś wartościowego, rodzice dali jej na ostatnie święta bestseller popularnonaukowy, żeby podreperowała sobie kulejącą i obrośniętą postprawdami wiedzę ogólną, ale w okolicach północy jej mózg trawił tylko kryminały, w związku z czym zasnęła po niecałej stronie opisu jak ktoś znęca się nad młodą ofiarą w wilgotnej ciemnej piwnicy i tyle było tego ukulturalniania. Amanda pochłaniała oczywiście biografię Winstona Churchilla. Zrobiła kiedyś kurs szybkiego czytania, więc przekręcała strony jak robocik na turbodoładowaniu. Oprócz Churchilla na stoliku przy łóżku miała też podręczniki zarządzania, czasopisma o coachingu, przewodniki po buddyzmie zen, i ostatnią powieść laureatki Pulitzera. Snobka.

Stały obok siebie w kuchni i przygotowywały śniadanie. To jeden z niewielu momentów w ciągu dnia kiedy synchronizowały czynności, chociaż towarzyszyła im odmienna logika. Kaśka nazwałaby logikę swoich działań zasadą kompromisu. Jadła chleb żytni z humusem i ogórkiem kiszonym, popijała czarną kawą i pocieszała się, że przynajmniej elementy jej posiłku można uznać za zdrowe, a to już przecież sporo w rozpędzonym dwudziestym pierwszym wieku, a to już jakieś osiągnięcie kiedy człowiek nie ma żony, która by o niego zadbała, oprała, ubrała, nakarmiła i pocieszyła, więc musi dbać sam o siebie, być swoim własnym fizjoterapeutą, psychologiem, pielęgniarką, sprzątaczką, prasowaczką, zmywakiem i sekretarką, dyrektorem administracyjnym, logistykiem, doradcą podatkowym, księgowym, informatykiem, złotą rączką, masażystką i kosmetyczką, biurem podróży i menedżerem projektów. A to wszystko w czasie wolnym od pracy, bo w pracy piętrzył się dodatkowy zestaw pączkujących, renesansowych obowiązków. Amandzie natomiast towarzyszył paradygmat bezkompromisowości. Może chodziło jej o najwyższą możliwą jakość we wszystkim co robiła, może ceniła się bardziej niż Kaśka, może pobrała konstruktywniejsze lekcje w dzieciństwie i potrafiła mądrzej ustawić sobie priorytety, lepiej zarządzić własną energią w czasie, może odziedziczyła jakieś pieniądze, może jej dzień zawierał jakieś ukryte kieszonki z dodatkowymi godzinami, a może miała własnego osobistego trenera i zakamuflowaną dyskretną asystentkę personalną. Trudno powiedzieć, natomiast już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że rozumiała zasady zdrowego odżywiania, bowiem śniadanie Amandy składało się z bananów, masła migdałowego, siemienia lnianego, spiruliny i dużej garści szpinaku zmielonych na gładką treściwą zieloną papkę i rozcieńczonych do konsystencji napoju mlekiem migdałowym. Cera Amandy lśniła jak pupka niemowlęcia a jej układ trawienny działał w standardzie szwajcarskiego zegarka. Codziennie o tej samej godzinie okupowała łazienkę, to musiał być komfort nie martwić się w ogóle stanem własnego organizmu. Kaśkę dręczył pakiet niezidentyfikowanych do końca nieregularności pokarmowych, ale dawno machnęła ręką na lekarzy. Zbyt wiele wizyt u gastrologów, alergologów, a nawet psychologów skończyło się diagnozą pozbawioną konkretnych rozwiązań i nadziei na koniec przypadłości.

Kaśka zrobiła sobie szybko drugą koślawą kanapkę z humusem do pracy, taką rustykalną, od serca, tym razem, tknięta poczuciem winy, włożywszy do niej zamiast korniszona kilka słupków marchewki (pożyczonych od Amandy) i plaster awokado (również należący do Amandy). Dużo lepiej. Amanda wyciągnęła z lodówki sałatkę z komosy ryżowej i pieczonych warzyw, ewidentnie przygotowaną wcześniej (kiedy?). Może w czasie sesji jogi jedną ręką gotowała quinoę, a drugą podtrzymywała psa z głową do dołu. Ubierały się razem. Kaśka miała czarną puchową kurtkę usmarowaną na ściągaczu w okolicach brody fluidem, który to fakt ukrywała sprytnie udrapowanym wełnianym etnicznym szalem. Włożyła wygodne płaskie buty, bo czekało ją sporo łażenia po mieście. Amanda wsunęła na szczupłe ramiona elegancki, dobrze skrojony wełniany płaszcz i kozaki na wysokim obcasie. Kozaki kupiła w sklepie fair trade, który specjalizował się w ekologicznej skórze przypominającej do złudzenia wysokiej jakości skórę naturalną. Amanda była weganką.

Najwięcej podejrzeń Kaśki wzbudzał fakt, że ona dostawała się do pracy transportem publicznym, a Amanda jechała holenderskim rowerem, natomiast z nich dwóch nieskazitelny wygląd zachowywała po podróży cyklistka, a nie pasażerka autobusu, co nie miało żadnego przyczynowo-skutkowego sensu. Absolutnie żadnego. Jedyną słabością jej współlokatorki był codzienny zwyczaj zamieszczania na Instagramie porannego zdjęcia przy biurku. Stąd Katarzyna miała pogląd na to jak niezmierzwiona i niewymięta docierała do roboty. Ale nic to. Wychyliła resztkę drugiej tego dnia czarnej kawy i zajęła się umawianiem spotkania na kolejny tydzień. Ciekawe ile osób na świecie uszczęśliwiła swoimi dobrze zorganizowanymi wydarzeniami z gorącą herbatą, świeżymi drożdżówkami, czystym flip-chartem, podłączonym i przetestowanym sprzętem multimedialnym i jasnym harmonogramem? Czy to było dla kogokolwiek istotne? Świat składał się z istot widzialnych (prezesów zarządu i szefów start-upów, ministrów i biskupów) oraz rzesz niewidzialnych, służebnych stworzeń krzątających się nieustannie za kulisami, pracujących na widzialność tych pierwszych. Kaśka nagle zdała sobie sprawę, że Amanda wymyka się takim podziałom, bo pracuje w branży kreatywnej, gdzie każdy jest trochę wyraźniejszy niż inni, kolorowszy jakby, tworząc sobie własną markę i własny, otaczający tę markę, otulający ją spójnym tłem wszechświat w mediach społecznościowych. Wiedziała, że przy odrobinie wysiłku mogłaby zrobić to samo, ale musiałaby poważnie przekalibrować swoje życie, bez stuprocentowego przekonania czy ta gra pozorów jest warta świeczki.

Kaśka była jak zwykle zawalona robotą. Gdyby miała opisać sześcioletniemu ciekawskiemu dziecku czym jest praca, powiedziałaby pewnie, że praca przypomina napierającą zewsząd śnieżycę, żywioł, który wydaje się mieć wiele źródeł i nigdy się nie wyczerpywać, a kiedy już człowieka prawie przysypie, prawie przewróci, jeszcze przybiera na sile. Zgodnie z tym prawem, dokładnie w epicentrum żonglerki licznymi zadaniami, zadzwonił telefon na biurku. Szefowa prosiła Katarzynę uprzejmie do swojego biura. Już teraz.

- Cześć! – powiedziały sobie entuzjastycznie, bo korporacja Kaśki była na „ty” i wymagała przynajmniej pozornie demokratycznych stosunków międzyludzkich. W rzeczywistości stosunki polegały na tym, że za chwilę szefowa Kaśki o coś ją „poprosi”, a ona nie będzie miała możliwości odmówić ani negocjować. Pięć minut później wędrowała do swojego zawalonego papierami biurka z masywnym, skomplikowanym zadaniem na wczoraj. Z frustracji napoczęła swoją eklektyczną kanapkę i na momencik, dosłownie na chwileczkę, przełączyła się na fejsbuka. W USA zastrzelono kolejnych kilka tuzinów dzieci w jakimś liceum. Jeszcze jeden wysoko postawiony mężczyzna molestował kolejną podwładną, uff, przynajmniej taka zaleta podlegania w pracy kobiecie. Oceany pełne są śmieci, planeta dusi się w smogu, Putin niedługo na pewno wywoła wojnę, ale na razie tylko otruł w Londynie jakiegoś szpiega i jego córkę. Amanda natomiast wrzuciła zdjęcie z Instagramu, na którym to zdjęciu, zgodnie z oczekiwaniami współlokatorki, nietknięta mozołem i zjawiskowo piękna piła w firmowej kuchni kawkę na mleku owsianym z dwójką długowłosych, opalonych, ultraszczupłych koleżanek. Jej hasztag oznajmiał, że świetnie się bawią. Kaśka ze złością zamknęła okno internetu i pomaszerowała do własnej firmowej kuchni żeby zaparzyć sobie kolejne latte na całkowicie niezdrowym, tłustym, przemysłowo produkowanym mleku krowim. Powinna się cieszyć szczęściem przyjaciółki albo inspirować jej stylem działania, ale nie umiała zobaczyć człowieka w tym amandowym gąszczu perfekcyjnych nawyków. Widziała tylko doskonale odhaczone kryteria współczesnej kobiecości. Amanda była piękna, wygimnastykowana, energiczna, towarzyska, produktywna. Kaśka była zmęczona, zeźlona, leniwa i niezorganizowana. Była też pracowita, koleżeńska, kulturalna i zaangażowana, ale nie potrafiła tego wszystkiego pogodzić i wygenerować ładnej fasady, do której lgnęliby ludzie. O, na przykład teraz do kuchni wpadły jej dwie koleżaneczki z działu, jedna krótkowłosa chłopaczara-motocyklistka, druga laska-rockmanka z długimi czarnymi włosami i permanentną aurą papierosową. Ania i Ula były nierozłączne. Razem pracowały, razem jadły śniadanie, razem wychodziły na zewnątrz na dymka, razem razem razem. Stanowiły zjednoczony front przeciwko reszcie świata, chroniły się nawzajem kokonem przyjaźni od zakusów firmowych polityków i kombinatorów, spychologów i socjopatów. Kaśka nie zastanawiała się nawet, czy potrafiłaby funkcjonować w tak hermetycznej symbiozie, zazdrościła im intymności, zaufania, tego spokoju, który musi płynąć z więzi, z przymierza.

Z drugiej strony, co ciekawe, Amanda, zawsze otoczona znajomymi, zawsze sfotografowana z przyjaciółeczkami, zawsze w wianuszku, zawsze w towarzystwie, Amanda wydawała się jednak z nikim niezwiązana, w domu nie odwiedzały jej znajome ani znajomi, raz na jakiś czas nocowała u tego czy owego kochanka (tak ich nazywała: nigdy nie miała partnerów ani chłopaków, narzeczonych ani facetów), ale rzadko i nieregularnie. Kaśka po ostatnim rozstaniu z chłopakiem, który w gruncie rzeczy czuł się lepiej grając w gry komputerowe niż rozmawiając i spędzając czas z nią, tkwiła w jakimś takim rozmemłanym czarnym zapadnięciu w siebie. Czuła się brzydka, a może raczej odzwyczaiła się od poczucia własnego ciała, jego sprężystości, młodości i ładności. Nie widziała sama siebie w kategoriach kobiecości, czymkolwiek w gruncie rzeczy ta kobiecość miała być. Odczuwała się jako niespójną istotę zbudowaną z rozlazłej, kłopotliwej, ciastowatej plasteliny, co przecież mijało się z prawdą. Kiedy myślała „Katarzyna”, przychodziły jej do głowy głównie słowa związane z pracą, niektóre pozbawione nawet polskiego, przyziemnego odpowiednika, wzięte prosto z korporacyjnego żargonu – office manager, efektywna, proaktywna, frontem do klienta zwrócona, pracowita, koleżeńska perfekcjonistka z tendencją do mikrozarządzania. Co to za człowiek niby?

Gdyby miała opisać Amandę, zaczęłaby od wrażeń zmysłowych: smukła, lśniącowłosa, orzechowoskóra, jasnooka. Potem przeszłaby do jej sposobu przemieszczania się: sprężysta, gibka jak gazela, bezszelestna i lekka.  Amanda miała w sobie energię zabawy i odkrywania, otwartości i miękkości. Zamiast sztywnej, niezmiennej osobowości jej esencją była żywość, czysta żywa żywość. Była wewnątrzsterowna i samowystarczalna, ale i ciekawa ludzi. Nawet Kaśkę miała zwyczaj pytać, zawsze jak nowo spotkanego fascynująco obcego człowieka, jak kosmitę niepojęcie pięknego. Jak minął ci dzień? A na czym polegał konflikt z szefową? A czego potrzebowała szefowa od ciebie? A ty od niej czego? A kto cię w pracy wspiera? Kto osłabia? I w jaki sposób? A jaką funkcję tam pełnisz oficjalnie? A jaką nieoficjalnie?  I jakim człowiekiem jest twoja koleżanka zza biurka obok? Tak? A czy myślisz, że jest taką samą żoną czy matką jak koleżanką z pracy? A jak ty się czujesz w jej towarzystwie? Jej pytania były świeże, ożywcze, odkrywcze.

Gdzie była reszta Katarzyny? Ta reszta, która pozwoliłaby jej stać się na powrót pełnokrwistą, trójwymiarową Amandą? Czy się zgubiła? Czy uległa atrofii po drodze, przez lata, przez te wszystkie perypetie i straty i traumy życiowe? Czy istniała jak fantomowa kończyna amputowana kiedyś, ale nieustająco żywa w wyobraźni a może pamięci? Gdzie była droga do wewnętrznej Amandy Kaśki? Dlaczego towarzyszyła jej jak wyimaginowany przyjaciel, frustrująco i inspirująco? Zewnętrzny dysk zawierający brakujące elementy układanki? Co zrobić żeby Amanda zlała się z nią albo na zawsze, już na zawsze, jak niespełnialna aspiracja, jak swędzący, jątrzący się i dotkliwy brak, co zrobić żeby zniknęła zostawiwszy Kaśkę w jej niedoskonałym, niepełnym może, ale ludzkim, ale prawdziwym, ale Kaśkowatym kształcie. W spokoju.

Bo przecież Amandy nie było. Nie było Amandy. Amanda była niemożliwa. Niewykonalna. Stanowiła tylko funkcję Katarzynowego umysłu, jej motywator i wyrzut sumienia.