F.I.R.E.

F.I.R.E.

F.I.R.E.

   Zanurzałem się, chociaż nawet nie potrafiłem pływać. Doszedłem do perfekcji we własnym szaleństwie. Nawet półkownik Roche nie mógł mi dorównać. Nikt nie mógł.
   — Eden.
   Wybuchnąłem śmiechem. Przezwisko dane mi przez tego skurwysyna już od pierwszego dnia w koszarach bawiło mnie niezmiernie. Nawet parsknąłem mu wtedy w twarz, on z resztą mi też, ale pięścią. Na dzień dobry wybił mi trzonowca, takie kurwa mieliśmy dbające o rekrutów wojsko.
   — Skup się kretynie.
   — Skupiam się — wymamrotałem, próbując zdławić resztki śmiechu. Sytuacja nie była wesoła, bo i na wojnie żadna nie jest, ale nie przeszkadzało mi to. Ciemność nocy, marsze wygrywane przez cykady z pobliskich krzaków i kurewsko irytujące huczenie sów przypominało bardziej biwak, niż oczekiwanie na nadjeżdżający transport.
   Mały Dick miał pojawić się za dziesięć minut.
   Kto aż tak lamersko nazywa najbardziej śmiercionośne działo, jakie kiedykolwiek powstało?
   — Kawy?
   Uniosłem głowę. W ciemności widziałem tylko zarys dyndających nóg, jednak w powietrzu unosił się znajomy zapach.
   — Flex, idioto, wyrzuć to!
   Nawet szept Roche'a jest władczy.
   — Kawa ci mózg zlasowała — dorzucił swoje trzy grosze Ike, stojący po mojej lewej stronie — Rób, co Pan porucznik mówi.
   Więc Flex wypełnia rozkaz. Pewnie przewraca teraz oczami i zerka w moją stronę. Widzi nas doskonale, choć my go praktycznie wcale.
   Dobrze mieć Nieczłowieka w swoich szeregach.
   Słysząc rozbrzmiewający z dala warkot, milkniemy i unosząc karabiny, przystawiamy oczy do celowników.
   Flex odlicza po cichu monotonnym głosem.
   — Trzy... dwa...
   Jeden, myślę, naciskając na spust.
   Kawa dzisiejszego poranka będzie smakować wyjątkowo dobrze.