Współpracownicy

Współpracownicy

Współpracownicy

Koła białego Mercedesa z chrzęstem toczyły się po wyszczerbionym asfalcie podsypanym tu i ówdzie niedbale ubitym tłuczniem. Leśna droga łącząca rozrastające się wioski z pobliską metropolią wiła się wąską wstęgą pomiędzy bujnymi lasami, rekompensując podróżnym oczywiste niedogodności całą paletą pięknych widoków.


Tego dnia, zdenerwowany kierowca nie miał jednak ani czasu, ani ochoty chłonąć cudów wykreowanych przez matkę naturę wspomaganą sprawnymi rękami oraz pomysłowością leśników. Podniesionym głosem tłumaczył właśnie współpracownikowi swój punkt widzenia na bieżącą, tragiczną w jego mniemaniu sytuację firmy. Udało mu się przy okazji dość solidnie opluć trzymany przy uchu telefon, trzykrotnie uderzyć dłońmi w kierownicę, użyć równo dwudziestu wulgaryzmów i co najmniej cztery razy nie zastosować do mijanych znaków.


Marek słuchał go ze stoickim spokojem. Siedząc wygodnie w niemal pustym Warsie, przeglądając poranną gazetę, czuł się wyjątkowo zrelaksowany. Niespecjalnie przeszkadzał mu potok słów płynący z głośnika. Przywykł do męczących monologów kolegi. Kończąc artykuł, z grzeczności przytaknął w odpowiedzi na jakieś pytanie, którego nawet dobrze nie usłyszał, po czym pociągnął łyk czarnej kawy, zerkając kątem oka na przesuwające się za oknem pociągu drzewa. W pęknięciach na ścianie zieleni dostrzegł sunący ze znaczną prędkością jasny punkcik. Mała kropka migała pomiędzy gęstym listowiem, zbliżając się w stronę torowiska. Chwilę później gwałtowne szarpnięcie pchnęło go do przodu. Gorący napój rozlał się na zadrukowany papier. Coś huknęło. Po przejmującym trzasku włączył się cichy sygnał braku połączenia. Zdezorientowani ludzie dźwignęli się na nogi, kierując wzrok na nasyp, gdzie spomiędzy poskręcanych białych blach wystawał srebrny znaczek, przywodzący na myśl trzypłatowe śmigło.