Koniec świata nie oznacza przecież końca kawy

Koniec świata nie oznacza przecież końca kawy

Koniec świata nie oznacza przecież końca kawy

Świat się zmienił. Zmieniał się cały czas, a od kilku miesięcy gwałtowniej niż powinien. Wszystko szło w złym kierunku. Trzydziestoczteroletnia kobieta z włosami niegdyś całymi w kasztanowej barwie, teraz z pięciocentymetrowym blond odrostem, obudziła się z przeczuciem, że tego dnia nadejdzie koniec. Żadna nowość. Codziennie przebiegało jej to przez myśl.

Żeby nie przerywać codziennej rutyny, ubrała się w ostatnie względnie czyste ubrania, spięła tłuste włosy i wyszła na zakupy. Mogłaby równie dobrze pójść w bieliźnie lub nago, ale chciała zachować pozory normalności. Dla samej siebie. Odwiedziła cztery sklepy i dopiero w ostatnim udało jej się znaleźć opakowanie jakiejś lury. Kawa rozpuszczalna smakowała jak szczyny, ale niewiele już zostało na zrabowanych półkach. Wyszła bez płacenia. Teraz zapłacić można było tylko życiem.

Jeśli przetrwa, będzie przeszukiwać domy dawnych przyjaciół i nieprzyjaciół. Z szacunku do bliskich, zacznie od tych drugich.

Gdy wróciła do mieszkania, albo raczej tego, co po nim zostało, odetchnęła z ulgą, nie zastając nikogo żywego ani nieumarłego. Dalej nie umiała określić, kto byłby bardziej niebezpieczny. Dziwne czasy.

Nie było prądu, więc resztką drewna i gazet rozpaliła ogień w piecu kaflowym. Nalała brudnej wody do zanieczyszczonego garnka i odpaliła ostatniego papierosa. Nie szukała w sklepach kolejnej paczki.

Wszyscy mówili, że to nałóg ją zabije, ale Elżbieta już wiedziała, że tak nie będzie. Nie miała aż tyle czasu, by porządnie sobie zaszkodzić.

Nagle usłyszała czyjeś zawodzenie w oddali. Nieumarli, powoli po nią szli. Może to i lepiej. Nigdy nie lubiła tej rozpuszczalnej lury.

– Taś, taś – powiedziała. – Kawa zaraz będzie.