Morska opowieść

Morska opowieść

Morska opowieść

Błękit nieba odbijał się w gładkiej powierzchni wody. Słońce stało wysoko na niebie, zalewając świat oślepiającą bielą i lepkim żarem. Stephen stanął za Moirą trzymającą koło sterowe, położył dłonie na jej ramionach i pocałował w szyję. Zamruczała w odpowiedzi, a on przylgnął do niej i pogładził nagie piersi. Żeglowanie po oceanie, z dala od brzegu, miało tę zaletę, że pozwalało pozbyć się ubrania. Stephen wcisnął guzik autopilota i pociągnął Moirę na wyściełaną materacem ławkę w kokpicie. Dziewczyna zachichotała i z przyjemnością poddała się pieszczotom.

Natrętne popiskiwanie, dochodzące spod pokładu zepsuło leniwy i przyjemny nastrój.

– To radar – powiedział Stephen, zerwał się i rozejrzał, ściągając brwi z zaniepokojenia.

Podszedł do koła sterowego, przesunął manetkę zdejmując obroty z silnika i wyłączył autopilota. Słońce nad głową Moiry zatoczyło łuk, kiedy „Freja” zmieniła kurs. Dziewczyna podniosła się zaciekawiona i zobaczyła inny jacht przesuwający się powoli w niedużej odległości od ich burty. Pisnęła, zakryła ręką piersi i podciągnęła nogi pod brodę.

– Nie obawiaj się, raczej nie ma tam nikogo, kto mógłby na ciebie patrzeć. – Mówił cicho i z napięciem.

Przyjrzała się obcej jednostce, kiedy Stephen zataczał wokół niej koła. Ogromny, stalowy kadłub, niegdyś zapewne biały, upstrzony był brudnymi zaciekami i obrośnięty zielonymi dredami alg i porostów. Drewniany pokład i nadbudówkę pokrywała gruba warstwa ptasiego guana. Dwa aluminiowe maszty stały na swoich miejscach, chociaż kilka stalowych lin wisiało luźno, postukiwały i szorowały cicho okuciami o pokład.  Resztki poszarpanych, brudnych żagli zwisały nieruchomo, potęgując wrażenie martwoty bezwietrznej pogody.

Moirę łaskotała skóra, kiedy włoski podnosiły się na rękach i na karku. Uważała żeglarstwo za przyjemną zabawę, nigdy nie wyobrażała sobie, że mogłaby się skończyć tragicznie, dopóki nie zobaczyła tego widma.

– Kadłub ma z pięćdziesiąt stóp. – Głos Stephena rozdarł niepokojącą ciszę i sprawił, że dziewczyna drgnęła przestraszona. – Trzyma się prosto, więc chyba nie cieknie – dodał.

– Co tu się stało? – zapytała Moira.

– Wygląda na to, że załoga porzuciła jacht.

– Dlaczego?

– Mogło być wiele powodów. – Stephen wzruszył ramionami.  – Wyrzuć odbijacze na prawą burtę.

– Chcesz dobić do tego wraku? – Z jakiegoś powodu pomysł wydawał się niestosowny i nie omieszkała wyrazić tego tonem głosu.

– Wiesz, ile on jest wart? – zapytał i rozłożył ręce. – Trochę się odremontuje i sprzeda z zyskiem. Albo sam będę nim pływał.

– Nie jest twój – odparła urażona.

– Wszystko, co dryfuje bezpańsko na otwartym morzu należy do znalazcy, tak stanowi morskie prawo. A poza tym, trzeba sprawdzić, czy wewnątrz nie ma kogoś, kto potrzebuje pomocy.

Trudno było się kłócić z ostatnim argumentem. Ubrała koszulkę, spodenki i sandały walające się po podłodze kokpitu, podniosła pokrywę schowka, czy raczej bakisty, jak Stephen go nazywał i wyjęła pękate balony z grubej gumy. Przywiązała je sznurkami do stalowej linki relingu biegnącego wzdłuż pokładu na wysokości uda.

Stephen przełożył manetkę na wolne obroty i wykręcił koło sterowe tak, że jacht złożył się do burty wraku i oparł miękko na odbijaczach. Na krótko przestawił na wsteczne obroty i zatrzymał łódź, ale nie wyłączył silnika. Wcześniej przygotował liny, które teraz przełożył na obcą jednostkę i zaczepił o metalowe słupki barierki. Moira dostrzegła różnicę w wielkości, burta tamtego górowała nad ich pokładem i wystawała zarówno z przodu, jak i z tyłu.

– Halo! Jest tam ktoś? – krzyknął Stephen i zastukał kłykciami w stalową burtę. Odpowiedziało jedynie poskrzypywanie metalu i drewna. 

– Śmierdzi – stwierdziła Moira i zmarszczyła nos. Zapach przywodził na myśl przetwórnię ryb, w której od dawna nikt nie sprzątał. Widok też pozostawiał wiele do życzenia i nie potrafiła wyobrazić sobie jak łódź wyglądała w pełnej krasie. Nie widziała w niej potencjału, który kusił jej chłopaka.

– Zostań tutaj – polecił Stephen i zapiął guzik szortów.

Przeszedł obok, zakładając koszulkę, wszedł na dach kabiny i przeskoczył na pokład opuszczonego jachtu. W głowie dziewczyny roiły się mniej lub bardziej fantastyczne scenariusze, począwszy od ukrytych pod pokładem piratów, po trupy nielegalnych imigrantów poupychane po kabinach. Objęła się ramionami, a po chwili uniosła dłoń do ust i skubnęła zębami odstającą skórkę przy paznokciu kciuka.

– Moira! – Rozległ się krzyk Stephena dobiegający z wnętrza wraku.

Dziewczyna podskoczyła, omal nie odgryzając sobie palca, krzyknęła ze strachu i zaskoczenia.

­– Chcesz zobaczyć w środku? – powiedział Stephen wychylając głowę z zejściówki. Wyciągnął zachęcająco rękę. – Chodź, zobacz jaką ma ogromną koję na dziobie. – Mrugnął porozumiewawczo okiem.

­– Jeśli to ma być propozycja erotyczna, to dziękuję uprzejmie. Nie wyobrażam sobie tego w takim smrodzie. – Zatkała ostentacyjnie nos.

– Och, no nie mówię, że teraz, zaraz. Ale jak by się wyremontowało… ­– Przeciągnął ręką po włosach, jakby w myślach kalkulował i oceniał zakres niezbędnych robót. Ocknął się z zamyślenia i znów wyciągnął rękę. – Chodź. Muszę mieć kogoś na pokładzie, żeby wziąć tę łajbę na hol.

­– Przecież ja nie mam o tym zielonego pojęcia! – obruszyła się i założyła włosy za ucho nerwowym gestem.

– Będziesz tylko stała za sterem i starała się nie wjechać mi w rufę, w razie czego. – Uśmiechnął się zniewalająco i podał jej rękę, by pomóc wejść na pokład. – Potraktuj to jako ekscytującą morską przygodę.

Nie chciała wyjść na sztywną nudziarę, więc chwyciła wyciągniętą dłoń i z niezadowoloną miną wspięła się na obcą łódź. Musiała przyznać, że imponowała rozmiarem. Potarła podeszwą sandała zieloną warstwę glonów i zastanowiła się ile pracy wymagało doprowadzenie tego wszystkiego do porządku.

Stephen zeskoczył na swój jacht i uśmiechnął się uspokajająco.

­– Zaraz wrócę, tylko wezmę hol. Zaczepimy go na dziobie.

Po chwili wrócił ze zwojem czarnej liny i poszedł na dziób. Moira podreptała za nim, starając się nie dotykać oślizgłych elementów wyposażenia. Pomyślała, że zażąda od Stephena, żeby najpierw wyczyścił koło sterowe i ławeczkę sternika, inaczej nie dotknie tutaj niczego. Spojrzała na niego w chwili, kiedy kucnął na pokładzie i zaczął wiązać linę na knadze. Zapamiętała, że tak się nazywa ten rozwidlony stalowy kołek, do którego mocuje się sznurki.

Oderwała wzrok od pleców chłopaka, choć lubiła kontemplować widok mięśni rysujących się pod cienką koszulką. Zaniepokoiło ją coś w wyglądzie pokładu. W jednym miejscu drewniane planki przecinała głęboka bruzda, niezbyt widoczna pod warstwą brudu. Zauważyła ją tylko dlatego, że z postrzępionych brzegów sterczały zmiażdżone włókna. Prześledziła całą długość bruzdy i odkryła, że kończy się na stalowym wywiniętym brzegu burty. Metal znaczyły głębokie zarysowania, a kosz dziobowy ze stalowych rurek był wygięty, jakby coś w niego uderzyło. Podeszła bliżej krawędzi i spróbowała wychylić się, by sprawdzić, czy na burcie też są ślady, ale kadłub zwężał się gwałtownie ku dołowi, więc musiałaby zawisnąć głową w dół, żeby cokolwiek zobaczyć.

Przykucnęła, żeby popatrzeć z bliska na uszkodzenia i zauważyła połyskujące, zielone blaszki wbite w poszarpane brzegi planek tam, gdzie zaczynała się bruzda w pokładzie. Wyszarpnęła jedną i przyjrzała się dokładniej. Opalizowała odcieniami szmaragdu, jak masa perłowa, ale nie wyglądała na kruchą. Jej brzeg był ostry jak ceramiczny nóż i z pewnością nie zrobiono jej ze stali. Wyglądała raczej na rybią łuskę, ale Moira nie potrafiła wyobrazić sobie tak dużej sztuki.

– Co tam znalazłaś? – zainteresował się Stephen, kiedy skończył zakładać hol.

– Na tej łodzi chyba żeglowali wędkarze, chociaż nie wiem, czy takie potwory da się łowić na wędkę. – Pokazała mu łuskę i drugą podobną wbitą w deski pokładu.

– Ciekawe ­– powiedział zamyślony i obrócił w palcach trofeum Moiry. Oddał jej zielony płatek i potarł dłonie. – Wiesz, jak sterować, to nie będzie trudne. Musisz tak trzymać kurs, żeby dziób celował trochę w bok od mojej rufy. Poradzisz sobie.

W duchu przyznała mu rację, często stawała za sterem i nawet udawało się jej płynąć według wskazań kompasu. Jednak pomysł samotnej żeglugi na tym truposzu, nawet w zasięgu wzroku Stephena napawał nieuzasadnionym lękiem. Spojrzała jeszcze raz na zniszczoną okładzinę pokładu.

– Jak myślisz, co zostawiło te ślady? – zapytała, a wyobraźnia podsunęła wizję długich i ostrych szponów, albo czegoś w tym rodzaju.

– Pewnie mieli problem z kotwicą, spadła z prowadnicy i winda przeciągnęła ją po pokładzie. – Stephen wzruszył ramionami, całkowicie pewien swoich słów.

Moira sprawdziła dokąd sięgają rysy i odkryła klapę w kształcie trójkąta. Nie wyróżniała się zbytnio, miała taką samą okładzinę, jak reszta pokładu i wpasowywała się na płasko, zostawiając jedynie wąską szparę wokół brzegów. Zdawała się bardziej zryta, a rysy na niej biegły w różnych kierunkach.   

­– Co tam jest? – Pokazała palcem klapę.

– Forluk – oznajmił Stephen. – Schowek na liny, albo łańcuch kotwiczny. Chociaż wygląda na duży, możliwe, że jest dość głęboki, by trzymać w nim żagle.

Schylił się, podważył palcem metalowe kółko i pociągnął klapę. Otworzyła się ze zgrzytem, a z wewnątrz buchnął słodkawy smród. Stephen gwałtownie zasłonił usta i nos dłonią, wpatrywał się we wnętrze schowka szeroko otwartymi oczami. Moira przysunęła się bliżej i nachyliła.

– Nie patrz! – krzyknął chłopak i postąpił krok, żeby ją powstrzymać.

Za późno. Zdążyła rzucić okiem i zobaczyła pożółkłe, wysuszone na wiór ciało człowieka. Leżał w pozycji embrionalnej na dnie głębokiego, wąskiego pomieszczenia, na stercie poskładanych w kostkę żagli i obejmował chudymi członkami niewielki toporek. Patrzył w górę wyschniętymi oczami i szczerzył żółte zęby.

Zgroza i obrzydzenie ścisnęły gardło Moiry. Dziewczyna próbowała krzyczeć, ale z ust wydobył się jedynie płaczliwy pisk. Stephen objął ją i mocno przytulił.

Tuż przed dziobem woda wybrzuszyła się, a potem pękła odsłaniając opalizujący na zielono, wygięty grzbiet z uzbrojoną w długie kolce płetwą . Stephen rozejrzał się w poszukiwaniu stworzenia, ale woda znowu była gładka. Obserwował uważnie, aż dojrzał delikatnie zarysowany trójkątny ślad, gdzie gładką taflę rozpruła kolczasta płetwa, a po chwili coś dużego uderzyło w dno jachtu. Stephen stracił równowagę, poślizgnął się i przewrócił uderzając plecami o knagę, pociągając za sobą dziewczynę. Przez chwilę leżał sparaliżowany bólem.

– Stephen! – wykrzyknęła Moira, zawierając w tym jednym słowie obawę o jego zdrowie i przed nieznanym niebezpieczeństwem.

Stephen zdołał wstać. Obmacał plecy, ale nie wyglądało by zrobił sobie coś poważniejszego niż siniak. Kolejne uderzenie w dno rzuciło go na kolana. Sięgnął do klapy forluku, zdając sobie sprawę, dlaczego zasuszony trup ściskał w dłoni żeglarski toporek do cięcia want. Zszedł na dno forluku po drabince i wyszarpnął narzędzie ze zmumifikowanej dłoni, powstrzymując torsje. Założył na nadgarstek pętlę zwisającą z trzonka. Wrócił na pokład, zacisnał dłonie na koszu dziobowym i przyjrzał gładkiej powierzchni morza.

Wypatrzył coś, blady kształt tuż pod powierzchnią. Wychylił się odrobinę, by zobaczyć co to jest i zamarł widząc twarz kobiety, otoczoną chmurą czerwonych włosów. Wpatrywała się w niego beznamiętnymi czarnymi oczami rekina, a pionowe szczeliny w miejscu nosa rozwierały się i zamykały rytmicznie. Dół twarzy pękł znienacka, rozwarły się nienaturalnie szerokie usta i odsłoniły rzędy rekinich zębów. Rozległ się plusk od strony prawej burty, a kiedy Stephen obejrzał się odruchowo, kobieta wystrzeliła spod wody strącając go z pokładu. Poczuł szczęki zaciskające się na lewym ramieniu. Chwycił długie włosy stwora i szarpnął z całej siły w nadziei, że oderwie łeb paskudy od siebie. Jednak ona obejmowała go ludzkimi ramionami jak w namiętnym uścisku i holowała w dół. Poczuł ucisk w uszach, musiał działać, zanim będzie zbyt głęboko, by wrócić o własnych siłach. Nadal miał w ręku toporek i zrobił z niego użytek. Nie miał zbyt dużego pola manewru, by wziąć zamach, ale pchnął ostrze w żebra napastniczki. Rzuciła się i poluźniła chwyt, więc uderzył jeszcze raz na tyle silnie, na ile pozwalała gęstość wody. Stwór zawył przenikliwie i puścił Stephena.  

Chłopak zaczął płynąc w górę, chociaż szybko opadał z sił w miarę utraty krwi. Zobaczył smukłe dno „Frei” i zdobył się na jeszcze jeden wysiłek. Ścigało go wycie i był świadomy, że potwór nie odpuści, jednak dotarł już prawie do powierzchni, zaledwie kilka machnięć rękami od stalowej drabinki. Obejrzał się i zobaczył wyszczerzoną paszczę mknącą ku niemu i migający, zielony ogon wijący się z tyłu. Zdobył się na ostatni, desperacki wysiłek, płuca bolały i łaknęły powietrza. Jeszcze chwila, a nie oprze się instynktowi i wciągnie do płuc słoną wodę.

Głowa przebiła powierzchnię wody, Stephen zaczerpnął spazmatycznie powietrza i z rozpaczą obserwował oddalającą się powoli rufę dryfującej „Frei”. Zobaczył przerażone spojrzenie Moiry, wyciągającej do niego ręce z pokładu kąpielowego na rufie, a w następnej chwili gwałtowny ból przeszył łydkę i gwałtowne szarpnięcie wciągnęło go pod wodę.

***

Moira siedziała skulona na podłodze kokpitu obejmując ciasno kolana. Przerażenie odbierało rozum. Ponad burtę wzniosła się kobieta o ciemnoczerwonych włosach, oblepiających mokre ciało i wpatrywała się nieruchomym wzrokiem. Gibki tułów wił się lekko w rytm machnięć długiego, zielonego ogona, wyrastającego zamiast nóg, ukrytego w głębi wody. W poprzek żeber biegły dwa krwawe cięcia.

– Mała syrenka, kurwa jej mać – wyszeptała Moira zesztywniałymi ustami i zaczęła się dziko śmiać.