Dragostea mea

Dragostea mea

Dragostea mea


Trafiłam do jednej z rumuńskich wiosek w czerwcowy wieczór. Zgromadzeni wokół ogromnego ogniska ludzie obserwowali pokaz. Stanęłam niezauważona z boku i wpatrzyłam się w dziewięciu tańczących. Wśród młodych, ubranych w czerwone spodnie i czapki mężczyzn, wyróżniał się jeden starszy, ciemnowłosy i z wąsami. W jego ruchach była płynność i swoboda, dorównywał energią pozostałym. W takt muzyki wiązali liny w węzły. Po skończonym pokazie ukłonili się i dołączyli do zebranych przy ogniu.

Nie potrafiłam się zdecydować, co zrobić. Nie chciałam przeszkadzać. Wtedy podszedł do mnie lider tancerzy. W dłoniach trzymał zawiązaną podczas występu linę.

Trucker's Hitch – powiedział po angielsku. – Jeden z najwspanialszych węzłów dla pięknej kobiety.

Odruchowo dotknęłam dłonią jasnych włosów i poprawiłam grzywkę, zażenowana jego komplementem.

To dla ciebie. – Podał mi zwój. – W prezencie.

Dziękuję – odpowiedziałam. – To miłe.

Przyjechałaś na długo? Szukasz pokoju do spania?

Tak – potwierdziłam. Zauważyłam, że młodzieńcy, którzy tańczyli z moim rozmówcą, przyglądają nam się ukradkiem. – Wiesz, gdzie można wynająć łóżko?

U mnie. – Machnął ręką w kierunku jednego z domów. – Chodź, pewnie jesteś głodna. Mamy na kolację gulasz, powinien ci zasmakować.

A gdzie ojciec tę dzierlatkę ciągnie? – zaśmiał się jeden z chłopaków.

Zaczerwieniłam się, czułam, jak zaczynają mnie piec czubki uszu.

A tobie nic do tego – odkrzyknął i pociągnął mnie za rękę. – Jestem Yosef – przedstawił się. – Pewnie zaraz wpadnie tu cała ta szarańcza, więc rozgość się, usiądź przy kominku.

Chata okazała się mała, ale przytulna. Usiadłam na miejscu, które wskazał Yosef i przyglądałam się mu ukradkiem. Miał na sobie białą koszulę, zdobioną przy dekolcie i rękawach niebieskim motywem w białe, czerwone i żółte kwiatki. Nogawki czarnych spodni wpuścił w czerwone buty, a pas spiął szarfą z klamrą. Na koszulę narzucił bezrękawnik z kościanymi guzikami.

Chwilę później do chaty wpadło ośmiu mężczyzn. Tych samych, którzy tańczyli z Yosefem. Ubrani identycznie, w czerwone spodnie, białe koszule i wysokie, czarne buty, pościągali czapki i trzymali je w dłoniach.

Papo, co to za gość? – pytali jeden przez drugiego.

Przysiedli się do mnie i nagle chata wydała mi się zbyt mała, by nas pomieścić. Poczułam zapach potu i ogniska, wymieszany z wonią podgrzewanego gulaszu i lasu. Zakręciło mi się w głowie.

A sio mi od niej. – Yosef zamachnął się wielką drewnianą łyżką i mężczyźni odsunęli się.

Znów mogłam oddychać.

To moi synowie – powiedział Yosef z dumą. – Wspaniali chłopcy.

Monika – przedstawiłam się.

Czułam, jak rumieniec na moich policzkach jeszcze się pogłębia. Każdy z mężczyzn wstał, ucisnął mi dłoń i przedstawił się, ale nie zapamiętałam żadnego z imion. Za to w każdej twarzy odnalazłam cechy ich ojca. Rozglądnęłam się, zaciekawiona, gdzie matka, ale Yosef pokręcił głową.

Sam jestem, odkąd najmłodszy na świat przyszedł – wyjaśnił. – Zmarło się Luminicie przy porodzie. I tak sobie trwamy od tego czasu bez kobiecej ręki.

Miałam wrażenie, że światło zbladło. W chacie zrobiło się ciemniej, cienie się wydłużyły, jakby wspomnienie dawno zmarłej kobiety przygasiło lampy. Yosef bez słowa podszedł do gara i zamieszał.

Podajcie miski – powiedział zwykłym, wesołym tonem i wrażenie minęło.

Postawiono przede mną drewniany, rzeźbiony talerz wypełniony po brzegi aromatycznym mięsem. Yosef usiadł obok, przełamał bochenek chleba i podał mi kawałek. Jego synowie zaczęli jeść, zanurzając pajdy w gęstym, brązowym sosie. Skosztowałam i westchnęłam z zadowoleniem. Jedzenie okazało się pyszne, chleb miękki, z chrupiącą skórką.

Czułam ciepło uda Yosefa na moim. Siedział blisko, muskaliśmy się rękami podczas posiłku.

Po kolacji chłopcy zebrali naczynia, włożyli do zlewu i wyszli. Zostałam sama z Yosefem, który wstał i zaparzył kawę. Z małej spiżarni wyjął kawałek ciasta i podał mi na talerzyku. Dołożył drew do kominka i usiadł naprzeciwko.

Dopiero teraz mogłam przyjrzeć się jego twarzy. Wokół oczu miał pełno malutkich zmarszczek. W ciemnych, mocnych włosach i na wąsach nie zauważyłam siwych pasm. Uśmiechał się, błyskając równymi zębami.

Dłonie, które położył na stole, wydawały się spracowane. Duże, o długich palcach, gdzieniegdzie nosiły ślady starych zadrapań. Spontanicznie wzięłam je w swoje ręce, żeby zobaczyć, jakie są w dotyku. Szorstkie i ciepłe. Zadrżałam, kiedy pogładził kciukami moją skórę. Wyszarpnęłam się, nagle wystraszona tym, co zrobiłam.

Przepraszam – powiedziałam cicho.

Monika… – Wstał i usiadł obok mnie. Wymawiał moje imię w specyficzny sposób, ze śpiewnym akcentem. Dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie. – Nie przyjechałaś tutaj spełniać marzeń?

Spojrzałam na niego zdumiona. Podróż do Rumunii planowałam od dawna i dopiero teraz udało mi się wyrwać. Dwa lata zbierałam pieniądze, żeby móc jeździć rumuńskimi drogami i odwiedzać miejsca takie jak to.

Tak – wychrypiałam.

Nagle zaschło mi w ustach. Chata skurczyła się do rozmiarów orzecha włoskiego. Czułam ciepło ognia na plecach, słyszałam, jak skwierczą płonące polana. Rzeczywistość zamazała się, kiedy zerknęłam w ciemne, prawie czarne oczy Yosefa. Dotknął mojej twarzy chropowatą dłonią, pełną odcisków i blizn. Zelektryzował mnie jego dotyk, niespodziewany i nad wyraz delikatny.

Mogę? – zapytał tak cicho, że ledwie zrozumiałam.

Skinęłam głową, bo krtań miałam zaciśniętą z emocji. Myśli gdzieś pierzchły, pozostał tylko mężczyzna przede mną, starszy o dobre dwadzieścia lat. Pocałował mnie nieco niezgrabnie.

Dotykał mnie nieśmiało, jakby nie był pewien, na ile może sobie pozwolić. Oderwał się ode mnie niechętnie, a ja otworzyłam oczy zdziwiona. Podniósł się i poszedł na środek izby. Przeczesał dłońmi włosy. Wstałam i podeszłam do Yosefa, stanęłam na palcach, by dosięgnąć jego ust. Objął mnie i przytulił. W uszach szumiała mi pędząca w żyłach krew. Yosef kołysał mnie w ramionach w znanym sobie tylko rytmie, całując moje policzki, powieki i czoło. Jego wąsy, zaskakująco miękkie, łaskotały.

Kiedy pociągnął mnie w stronę schodów, spanikowałam. Znajdowałam się w chacie poznanego kilka godzin temu mężczyzny, zupełnie sama pośrodku dzikiej Rumunii. Czy to nie było przypadkiem wariactwem?

Yosef odwrócił się i uśmiechnął. Tysiące zmarszczek pojawiło się w kącikach jego oczu. Miał dobre, mądre spojrzenie. Weszłam na pierwszy stopień, a później na kolejny.

Na szafce w jego sypialni dostrzegłam zdjęcie kobiety z długimi, ciemnymi włosami. Znów się zawahałam, Yosef podszedł do fotografii i wziął ją w dłonie.

Luminita odeszła tak dawno, że już zapomniałem, jak to jest być z drugim człowiekiem. – Usiadł ciężko na łóżku. – Choć mam ośmiu chłopców, kobieta to jednak coś innego.

Nagle spowił go smutek jak wtedy w kuchni. Jak gdyby zmarła żona otuliła go całunem swojej śmierci. Przycupnęłam obok niepewnie. Nie chciałam go dotykać, gdy trzymał zdjęcie ukochanej. Yosef odłożył ramkę na stolik, obrazem do dołu. Odetchnęłam głębiej i spojrzałam mu w oczy. Emanował energią, którą rzadko spotyka się u ludzi w jego wieku. Promieniował poczuciem humoru i siłą witalną, z której chciałam czerpać garściami.

Podeszłam i przytuliłam się.

Zaśmiał się, kiedy przeturlaliśmy się po szerokim łóżku. Uwięził moje dłonie w swojej ręce, a drugą zaczął rozpinać guziki bluzki, którą miałam na sobie. Łaskotał mnie w szyję wąsem, całował. Przymknęłam oczy. Yosef rozbierał mnie powoli. Po nagim ciele przechodziły dreszcze, w tym pokoju panował chłód.

Jesteś piękna – powiedział po rumuńsku.

Roztapiałam się w jego ramionach jak masło w zetknięciu z ogniem.

Mieszały się nasze oddechy, kiedy łączyliśmy się w pocałunkach. Kochaliśmy się powoli.

Po wszystkim Yosef przykrył nas kołdrą, jakby wstydził się nagości. Odwróciłam się bokiem i pogłaskałam go po twarzy. Uśmiechnął się, a ja utonęłam w jego czarnych oczach.

Może zostaniesz z nami na stałe? – zapytał.

Nie odpowiedziałam na pytanie, zmożona snem. Zanim zapadłam w ciemność, poczułam jeszcze, jak Yosef oplata mnie ramionami. Przebudziłam się, wyrwana ze snu tupotem nóg.

Chłopcy wracają – powiedział Yosef i przytulił mnie, gdy zadrżałam ze strachu. – Świta już.

Leżał na plecach. Trzymałam głowę na jego klatce piersiowej i słuchałam rytmu serca, biło mocno i równo. Yosef gładził mnie po plecach. Przez okno zaczęły wdzierać się do pokoju pierwsze promienie słońca. Śmiechy i gwar rozmów ucichły, chłopcy położyli się spać. Zasłuchałam się w nasze oddechy. Pierwszy raz w życiu czułam się dobrze, jakby ramiona Yosefa stały się moim miejscem na Ziemi. Westchnęłam raz i drugi. Yosef milczał zapatrzony w sufit. Jego palce sunęły wolno wzdłuż mojego kręgosłupa, w górę i w dół.

Zostań – przerwał ciszę szeptem.

Nie odpowiedziałam, tylko mocniej wtuliłam się w jego ramię. Zażenowanie i wstyd gdzieś zniknęły, byliśmy my, nadzy i najbardziej naturalni na świecie. Zrobiłam najbardziej szaloną rzecz w swoim życiu, dałam się porwać niekontrolowanej namiętności z dużo starszym mężczyzną, w obcym kraju, w wiosce, o której wszyscy zapomnieli. A jednak wydawało mi się to normalne.

Zastanowiłam się nad jego prośbą. W domu czekało na mnie grono przyjaciół, praca i jakiś tam chłopak, z którym spotykałam się nieregularnie na seks. Prychnęłam w duchu. Po wczorajszym już raczej nigdy się z nim nie umówię.

Poruszyłam się znacząco, a Yosef pocałował mnie w czubek głowy. Sięgnęłam pod kołdrę i zaczęłam go dotykać. Kochałam się z nim znów. Nie spieszyłam się. Patrzyłam, jak w kącikach oczu Yosefa pojawiają się zmarszczki, kiedy się do mnie uśmiechał. Jego twarz wydawała mi się jednocześnie znajoma i obca, jakbym znała go kiedyś, dawno temu. Palce Yosefa sunęły po moich udach, brzuchu, między piersiami aż do szyi. Wziął moje dłonie w swoje i pocałował opuszki. Przyjemne dreszcze powędrowały po moich rękach aż do szyi. Ogarnęło mnie to samo uczucie co dwa razy wcześniej, że jesteśmy tylko my, że rzeczywistość ogranicza się do tego małego pokoju; gdzie jedynym dźwiękiem są nasze przyspieszone oddechy. Uda drżały mi z wysiłku, kropelki potu osiadły na rzęsach i spadały jak łzy.

Krzyknęłam z rozkoszy.

Położyłam się obok Yosefa i pocałowałam go. I wtedy bez pukania do pokoju wpadło trzech jego synów. Pisnęłam i okryłam się prześcieradłem. Mężczyźni stanęli na środku pokoju i przyglądali się nam z otwartymi ustami.

Coście chłopa z kobietą nigdy nie widzieli? – zapytał Yosef.

Drżał z tłumionego śmiechu.

Ale tatuś… – zaczął jeden, ale zaraz urwał, spoglądając na mnie ze zdziwieniem.

Myślicie, że mnie już nie wolno? – zapytał Yosef z powagą. Na twarzach chłopców pojawiły się ciemne rumieńce. Uciekali wzrokiem, przestępowali z nogi na nogę. – Pewnie sami mieliście na nią chrapkę, co?

Gdzie tam, tatuś – oburzył się najodważniejszy. – Myślelimy, że coś się stało. Krzyczał ktoś. – Wzruszył ramionami. – I w ogóle.

Lepiej obudźcie resztę i śniadanie szykujcie. Nasz gość jest pewnie głodny. – Spojrzał na mnie z taką czułością, że zaparło mi dech w piersiach.

Zostaliśmy sami. Wstyd powoli mijał, ale nie miałam śmiałości spojrzeć Yosefowi w oczy.

Moniko, zostań – ponowił prośbę. – Proszę ostatni raz. Wyczuwam w tobie siłę, o której nie masz pojęcia. Nieprzypadkowo skusiły cię surowe tereny Rumunii. Ciągnęło cię tu od zawsze, prawda?

Skinęłam głową.

Poznasz magię zaklętą w tych lasach. Coś cię tu skierowało. Musisz tylko podjąć decyzję.

Zadrżałam. Nie mógł wiedzieć, że zabłądziłam. GPS się zepsuł, cudem znalazłam ich wioskę. Nagle zrobiło mi się zimno. Wstałam pospiesznie i zaczęłam się ubierać. Yosef patrzył spokojnie, ręce podłożył za głowę. Dusiłam się w sypialni, która pachniała specyficzną mieszanką potu i udanego seksu. Musiałam wyjść.

Yosef wstał i chciał chwycić mnie za dłoń, ale wyszłam. Biegłam przed siebie, prosto do lasu, aby tylko schronić się między drzewami.

Łapałam powietrze haustami, a mimo to miałam wrażenie, że nie oddycham. Skupiłam się na liczeniu brzóz i powoli atak paniki ustępował. Powinnam stąd uciec, wrócić do Polski i zapomnieć.

Przed oczami stanęła mi twarz Yosefa, zmarszczki, kiedy się uśmiechał, ciemne oczy. Czy byłabym w stanie wyrzucić go z pamięci? Wydawało mi się, że wrósł we mnie na zawsze.

Odwróciłam się i zorientowałam, że nie widzę wioski. Z każdej strony otaczały mnie drzewa o grubych pniach i rozłożystych koronach. Tutaj było nieco chłodniej, pachniało ściółką i grzybami. Usiadłam na jednym z wystających korzeni, poprawiłam ubraną na lewą stronę bluzkę.

Wstyd pomieszany z poczuciem winy znów wypełzł na dekolt i policzki. Yosef mnie zaczarował, pomyślałam. Nie istniało inne wytłumaczenie. Nie rzucałam się na nowo poznanych mężczyzn. Nigdy.

Moniko. – Drgnęłam. Prąd przeszedł moje ciało. – Martwiłem się.

Musiałam się zastanowić nad… tym. – Machnęłam ręką. – Pokomplikowało się.

Moja propozycja nadal jest aktualna. Zostań na trochę, nie mówię o wieczności. – Zerknął w górę, gdzie ptak zatrzepotał skrzydłami. Chłodny podmuch wiatru przyjemnie ochłodził moje rozgrzane policzki. – Tylko kilka tygodni. Na początek.

Dlaczego aż tak ci zależy? – Zaciskałam dłonie tak mocno, że aż ścierpły.

Chciałbym coś ci pokazać – odpowiedział.

Wyciągnął rękę, ale wahałam się. Przyglądałam się, jak Yosef się uśmiecha. Ten mężczyzna działał na mnie w zaskakujący sposób. Ufałam mu. W czarnych oczach dostrzegałam w końcu coś, co mnie przekonało. Wstałam i splotłam palce z jego palcami. Nagle zaczął śpiewać ptak, inny wzbił się w powietrze i zakrakał. Słońce przedzierało się pomiędzy koronami drzew, rzucając chybotliwe światło na dróżkę. Czasami przed nami spadła szyszka albo przebiegła wiewiórka. Znajdowałam się w moim miejscu na Ziemi. Czułam to wyraźnie. Jakbym była elementem układanki, który ktoś w końcu odpowiednio dopasował.

Yosef milczał, patrzył przed siebie i od czasu do czasu ściskał moją dłoń. Kiedy skręcił niespodziewanie i pociągnął mnie za sobą, prawie straciłam równowagę. Weszliśmy między drzewa, w wysoką trawę, która pachniała słodko, kiedy ją trącaliśmy. Yosef zatrzymał się i przyłożył palec do ust, a później wskazał coś, czego nie mogłam dostrzec. Przysunęłam się do niego i w oddali zobaczyłam łanię z młodymi. Zwierzę zastrzygło uszami i pochyliło się, by napić się trochę wody z jeziora.

Widzisz je? – zapytał szeptem Yosef.

Tak… – wymruczałam w odpowiedzi.

Yosef wciągnął powietrze i wypuścił ze świstem. Stanął za moimi plecami i przytulił mocno. Dopiero po chwili zorientowałam się, że płacze.

Odwróciłam się i chwyciłam jego twarz w dłonie. Łzy zmoczyły mi palce, a ja pochyliłam się i delikatnie go pocałowałam. Przestało mnie już dziwić to, jak wiele uczuć wzbudzał we mnie Yosef. Serce zabiło szybciej, kiedy przyciągnął mnie bliżej, dłonie kładąc mi na plecach. Zatraciliśmy się w pocałunku.

Yosef chwycił mnie za rękę i pociągnął w kierunku wody. Jezioro lśniło w promieniach słońca, falowało lekko. Na brzegu zebrała się szarawa piana; pachniało wodorostami i rybami. Ściągnęliśmy buty i zanurzyliśmy stopy w sypkim piasku. Usiedliśmy na skrawku trawy, oparłam głowę o ramię Yosefa i wsłuchiwałam się w szelest wody.

To jezioro jest wyjątkowe – przerwał ciszę Yosef. Odniosłam wrażenie, że mówi ostrożnie, jakby ważył słowa. Nie odpowiedziałam. – Nie zawsze jest dostępne. Nie dla każdego.

Zmarszczyłam brwi, nie rozumiałam jego słów. Yosef wstał i ściągnął ubranie. Wszedł do wody i skinął na mnie, więc podniosłam się, rozebrałam i podeszłam do jeziora. Woda okazała się chłodna, ale nie lodowata, jak się spodziewałam. Oplatała mnie tonią, która wywoływała gęsią skórkę; moje stopy dotykały wodorostów, a wtedy wzdrygałam się z obrzydzenia. Yosef pływał leniwie, prawie nie rozchlapując wody.

Szłam pewnie coraz głębiej, aż w pewnym momencie pod moimi stopami zabrakło podłoża tak nagle, że zatonęłam. Woda zamknęła się nade mną, widziałam promienie słońca i falujące rośliny. Nie dostrzegałam sylwetki Yosefa i to wywołało panikę. Zaczęłam bić rękami, ale nie potrafiłam wypłynąć. Płuca bolały, przed oczami pojawiły się kolorowe plamy.

Kiedy Yosef chwycił mnie pewnie i wyciągnął na powierzchnię, łapałam powietrze zachłannie, próbując palcami usunąć wodę z oczu. Tłumiłam szloch, bo powodował tylko jeszcze większy ból w piersiach. Yosef podpłynął ze mną na płyciznę, usiedliśmy w słońcu, a woda chlupotała wokół. Powoli się uspokajałam. Yosef gładził mnie po plecach i ramionach, szeptał jakieś rumuńskie słowa. Mokre włosy wisiały strąkami wokół mojej głowy, Yosef odgarniał je i zaplatał sobie na palce.

Wyszliśmy na brzeg, żeby wyschnąć. Słońce pieściło nasze ciała, kiedy leżeliśmy na trawie, widziałam jego promienie przebijające przez listowie. Ptaki śpiewały, gdzieś stukał dzięcioł. Wzruszenie ścisnęło mi pierś. Yosef jakby wyczuł moje poruszenie i chwycił mnie za rękę. Kciukiem masował wnętrze dłoni.

Dobrze się czujesz? – wyszeptał.

Przekręciłam się na bok. Patrzyłam mu w oczy, a w piersi nadal czułam ucisk. Serce już się uspokoiło. Yosef zerkał na mnie z troską, miał pobladłą twarz i drżące ręce.

Już tak – odpowiedziałam głośno. – Straciłam grunt pod nogami i…

Cii. – Pogłaskał mnie po ramieniu. Zjechał na pierś i przez chwilę bawił się sutkiem. Przymknęłam powieki. – Już dobrze.

Sama nie wiem. – Przysunęłam się bliżej, by wtulić się w jego ramiona. Tam, gdzie czułam się bezpiecznie. – Wszystko jest takie nierzeczywiste.

To magia, którą dopiero poznasz – powiedział zagadkowo. – Jeżeli tylko zostaniesz.

Sunął palcami wzdłuż moich pleców, a jego popękana skóra drapała i wzbudzała przyjemne dreszcze.

Nie za bardzo rozumiem, co masz na myśli i mnie to przeraża – wyznałam, chowając twarz. – Jakby to wszystko nie było realne.

Bo świata nie da się zdefiniować. Nie tutaj.

Yosef, nie wiem, o czym mówisz.

Gniew zapłonął. Poderwałam się, usiadłam i otoczyłam zgięte kolana ramionami. Yosef objął mnie, ale wyszarpnęłam się i weszłam z powrotem do wody. Pływałam chwilę, a on obserwował mnie z brzegu. Żuł jakąś długą trawę. Zmęczyłam się i wyszłam na brzeg już całkowicie uspokojona. Podeszłam do niego wolnym krokiem, a on wstał. Pocałowałam go.

Zostanę – zdecydowałam. – Wezmę bezpłatny urlop i zobaczymy. Zaufam ci.

Chwycił mnie w pasie i okręcił. Wydawał się odmłodzony, pełen niespożytej energii.

Musimy wracać. – Sięgnął po ubrania, podał mi moje rzeczy. – Wprowadzimy cię we wszystkie tajemnice. Nie pożałujesz.

Mówił szybko, pełen zniecierpliwienia. Jego ruchy stały się rozgorączkowane i chaotyczne. Nieco mnie przerażał ten jego entuzjazm.

Wracaliśmy przez las, ale tym razem nie spacerem, ale prawie biegiem. Yosef wpadł do chaty, przy stole siedzieli jego synowie. Kiedy weszliśmy, osiem par oczu zlustrowało nas uważnym wzrokiem. Zawstydziłam się rozczochranych włosów przeczesanych tylko wiatrem i wymiętej bluzki. W brzuchu głośno mi zaburczało, od wczorajszej kolacji nic nie jadłam.

Dawać na stół jedzenie. Monika zostaje! – zawołał Yosef od progu.

Chłopcy zakrzątnęli się, usadzili mnie przy stole, podali jedzenie. Jeden przygotował herbatę. Obserwowałam ich, mieli poważne miny, skupiali się na wykonywanych czynnościach.

Upiłam łyk herbaty, smakowała nieco gorzkawo, jakby do mieszanki ziół dodano piołunu. Sięgnęłam po chleb, posmarowałam grubo masłem i wgryzłam się w kromkę. Aż mnie mdliło z głodu. Yosef zaryglował drzwi, co przeraziło mnie nie na żarty, i usiadł obok. Chwycił moją dłoń i ścisnął.

Kiedy urodziło się moje pierwsze dziecko, Andrei. – Wskazał na pierworodnego. – Miałem dwieście osiemdziesiąt osiem lat.

Zamilkł. Rozejrzałam się zdumiona, ale żaden z chłopców się nie śmiał. Yosef też pozostawał nad wyraz poważny. Skostniałam. Po kręgosłupie przebiegły mi dreszcze i osiadły na ramionach, podnosząc na nich włosy. Ogarnęło mnie zimno, które rozprzestrzeniało się od żołądka na całe ciało.

Daj spokój. – Zaśmiałam się nerwowo i wysunęłam dłoń z jego. – To nie jest zabawne.

Nie żartuję, kochanie – ostatnie słowo wymówił miękko, z czułością.

Serce mi zatrzepotało.

Ale… – zająknęłam się. – Jak?

Rozgniewaliśmy kogoś potężnego – rzekł poważnie jeden z synów Yosefa.

Nie rozumiem, co ja mam z tym wspólnego?

Już tłumaczę. – Yosef znów sięgnął po moją dłoń. Łagodnie masował moje palce. – Andrei ma teraz czterdzieści pięć lat. Mihai, kolejny, czterdzieści dwa. Matei trzydzieści dziewięć. Stefan trzydzieści trzy. – Wskazywał mi palcem po kolei każdego z synów, a ci kiwali głowami. – Vladek skończył dwadzieścia dziewięć, Dawid jest o dwa lata młodszy. Florian ma dwadzieścia pięć, a najmłodszy, Daniel, dwadzieścia jeden. Są tu uwięzieni.

To znaczy? – zapytałam.

Jeżeli wyjadą, rozsypią się w proch – wyjaśnił Yosef, a mi ścierpła skóra. – To specyficzne czary.

Yosef, zupełnie nie wiem, co mam z tym wspólnego – powiedziałam ostro. – Nie znam się na tym.

Widziałaś jezioro – rzucił Yosef, jakby to wszystko wyjaśniało.

Naprawdę? – zapytał Daniel z nadzieją. – Weszłaś do wody? Nie utonęłaś?

Yosef mnie uratował. Topiłam się.

Nie, nie – zaprotestował wspomniany. – Jezioro nie chciało jej ofiary. Po prostu straciła grunt pod nogami, to wszystko.

Papo, wiesz, co to oznacza? – zapytał Mihai.

Będę mógł w końcu umrzeć – odparł Yosef.

Wstałam ze złością.

W tym na pewno ci nie pomogę – warknęłam i pobiegłam na górę.

Schroniłam się w cichej sypialni Yosefa i zapłakałam. Nie mieściło mi się w głowie to, co mówił. Stroili sobie żarty, a ja w żaden sposób nie umiałam się bronić. Postanowiłam wyjechać jeszcze dzisiaj. Objęłam się ramionami i stanęłam przy oknie. Słyszałam kroki na schodach.

Kiedy Yosef wszedł do pokoju, nie odwróciłam się. Patrzyłam na słońce chylące się ku zachodowi. Lasy na horyzoncie wydawały się płonąć. Yosef podszedł i dotknął moich pleców. Drgnęłam, nadal uparcie stojąc tyłem. Sięgnął dłońmi do szyi i zaczął masować spięte mięśnie. Ugniatał delikatnie, ale mocno, aż poczułam, że napięcie ustępuje. Po policzkach znów popłynęły mi bezgłośnie łzy.

Mogę ci pokazać akt urodzenia – powiedział. – Powiedziałaś, że mi ufasz. Zrozum…

Nie chodzi o to, że nie daję wiary twoim słowom. – Przekręciłam się gwałtownie. – Ale nie zrobię niczego, co może doprowadzić do twojej śmierci.

Moje ciało zatrzymało się około pięćdziesięciu lat, jak widzisz – powiedział. – Jeżeli czas ruszy, będę mieć jeszcze raz tyle, zanim odejdę. Czy to ma aż takie znaczenie? – Chwycił moje ręce.

Oczywiście – odparłam ze ściśniętym gardłem. – Ja… – wyznanie nie chciało mi przejść przez usta, ale Yosef pokiwał głową ze zrozumieniem.

Ponad dwadzieścia lat na ciebie czekałem, dragostea mea1. Wypatrywałem cię w każdej kobiecie. Czekałem, choć czasami traciłem nadzieję.

Upadł na kolana i objął mnie.

Teraz przerażasz mnie nie na żarty, Yosefie – powiedziałam. Kucnęłam i wzięłam jego twarz w dłonie. – Kim niby jestem?

Salvatorul meu2. Tylko ty możesz ściągnąć czar. Jeszcze przed moim narodzeniem przywędrowała do wioski potężna czarodziejka. Ci durni chłopi spili ją śliwowicą i zgwałcili, każdy po kolei. Kiedy się ocknęła, rzuciła klątwę. Musisz być jej potomkiem w prostej linii.

Jakim cudem, Yosefie? – Pogłaskałam go po twarzy.

Słońce zaszło i w pokoju zrobiło się ciemno. Słyszałam podniesione głosy mężczyzn na dole, dyskutowali, ale nie rozróżniałam słów.

Ojciec powtarzał, że kobieta zdolna dostrzec jezioro i się w nim nie utopić, może cofnąć czar.

Jak? – zapytałam delikatnie.

Nie wiem. – Ukrył twarz w dłoniach. – Dokumenty spłonęły podczas pożaru. Luminita mówiła, że ta odpowiednia będzie wiedziała, co robić.

Chyba nią nie jestem, pomyślałam, bo kompletnie tego nie wiem.

Chciałbyś umrzeć? – zapytałam ostrożnie.

Chciałbym wiedzieć, że mam taką możliwość – odparł, ciężko wzdychając. – Chociaż to nawet nie o śmierć chodzi, a o moich synów.

Nie jestem pewna, czy będę w stanie pomóc.

Yosef przysunął się i wziął mnie w ramiona. Przytuliłam go mocno. Chciałam w to wszystko wierzyć, ale rozsądek podpowiadał, że to tylko bajanie szaleńca.

Muszę to przemyśleć – wyszeptałam.

Wstałam, a on nadal siedział na podłodze, nie próbował mnie zatrzymywać. Wydawał się w tej chwili słaby, aż serce ścisnęło mi się z żalu. Wyszłam z chaty. Pobiegłam do miejsca, gdzie zostawiłam samochód, wsiadłam, zatrzasnęłam drzwi i odpaliłam silnik. Wyjechałam na drogę, mimo że przez łzy niewiele widziałam.

Zatrzymałam się po kilku kilometrach, kiedy zmęczenie stało się nie do przezwyciężenia. Zablokowałam drzwi i ułożyłam się na tylnej kanapie. Śniło mi się jezior i kobieta. W jej oczach dostrzegłam ból, ale usta miała ironicznie skrzywione. Dopiero po chwili zorientowałam się, że w dłoni trzyma srebrny sztylet wbity po rękojeść w pierś Yosefa.

Przebudziłam się gwałtownie, pełna złych przeczuć. Serce waliło o żebra, żołądek wywinął koziołka. Przypomniałam sobie dobre, ciemne oczy Yosefa, spracowane dłonie i sieć zmarszczek. Ręce mi drżały, kiedy próbowałam przekręcić kluczyk. Jechałam, łamiąc wszelkie przepisy, ale nie potrafiłam odnaleźć drogi powrotnej. Zatrzymałam się w końcu w okolicy, którą, wydawało mi się, że poznawałam. Błądziłam długo, zanim znalazłam ledwo widoczną w świetle księżyca ścieżkę. Pobiegłam. Pojedyncze gałązki czepiały się włosów i chłostały mnie po twarzy. Kiedy zobaczyłam wieś, cichą, pogrążoną we śnie, załkałam. Przyspieszyłam jeszcze, mimo że brakowało mi oddechu, a płuca paliły.

Drzwi do chaty Yosefa zastałam zaryglowane. Walnęłam w nie kilka razy pięścią, ale nikt nie odpowiedział. Księżyc wychynął zza chmur, a jego dziwne, srebrne światło opromieniło wioskę. Chaty wydawały się martwe, jak gdyby nikt od lat w nich nie mieszkał. Uderzyłam znów w odrzwia i zawołałam Yosefa. W końcu usłyszałam kroki. Otworzył mi Andrei, na jego twarzy dostrzegłam wściekłość.

Po coś tu przylazła? – krzyknął. – Mało szkód narobiłaś?

Gdzie Yosef, muszę się z nim zobaczyć – powiedziałam.

Nigdy więcej się z nim nie spotkasz – odpowiedział ostro. – Przez ciebie… – Zacisnął szczęki, aż zgrzytnęły zęby.

Zmartwiałam, a serce przez sekundę przestało bić. Upadłabym, ale Andrei mnie podtrzymał. Czyżby Yosef nie żył? Jakim cudem?

Wynoś się i nie wracaj – powiedział spokojnie.

Dlaczego wyrzucasz ją z mojego domu? – Kolana znów się pode mną ugięły.

Andrei odsunął się, a ja wpadłam w ramiona Yosefa. Szlochałam. Stał przede mną jak zawsze uśmiechnięty i silny. Po słabości nie został ślad. W jego spiętych ramionach wyczuwałam jednak dystans, odsunęłam się więc i spojrzałam mu w twarz. Oczy miał smutne.

Coś się stało? – Zadrżałam.

Andrei gdzieś zniknął. Yosef pociągnął mnie do domu, usadowił na ławie i usiadł obok. Westchnął ciężko.

Kiedy odeszłaś… – nabrał głęboko powietrza i otarł dłonią oczy. – Daniel postanowił cię poszukać. Nie wierzył, że mogłaś odejść, nie po tym, czego się dowiedziałaś i co się między nami wydarzyło.

Yosef – zaczęłam, ale uniósł dłoń, więc zamilkłam.

Znaleźliśmy tylko ślady prochu na granicy, którą wyznaczyła czarownica. On tak bardzo chciał wolności. – Yosef pochylił głowę i zapłakał.

Siedziałam skamieniała, nie miałam śmiałości go dotknąć.

Tak mi przykro – wyszeptałam.

Po co wróciłaś? – Podniósł głowę gwałtownie. – Dlaczego odeszłaś? – Chwycił mnie za ramiona tak mocno, że aż syknęłam.

Miałam cię za szaleńca – wymruczałam ze wstydem i odwróciłam twarz, nie mogłam patrzeć mu w oczy.

Co się zmieniło?

Miałam sen. Myślałam, że jest za późno i… błądziłam – wyjaśniłam chaotycznie. – Yosef, ja…

Już dobrze. – Objął mnie, a ja dałam się przytulić. Potrzebowałam go jak powietrza. Dopiero tutaj czułam się bezpieczna i, o ironio, wolna. – Zostaniesz?

Tak. – Chwyciłam jego twarz w dłonie. – Na zawsze.

Pochyliłam się i pocałowałam go. Wyczułam, że jest niepewny, ale po chwili oddał pieszczotę i przyciągnął mnie bliżej. Drżałam w jego ramionach, a on głaskał mnie po plecach i szeptał po rumuńsku do ucha: dragostea mea, dragostea mea3. Poszliśmy na górę i zasnęliśmy wtuleni w siebie.

Rano nie miałam śmiałości zejść na śniadanie.

Twoi synowie muszą mnie nienawidzić. Przeze mnie ich brat… – zająknęłam się, a gula żalu utknęła mi w gardle.

Chłopcami się nie przejmuj. W życiu wiele już widzieli, a Daniel był dorosły. Daniel wybrał. Wiedział, czym to grozi.

Weszliśmy na dół. Nie byłam w stanie podnieść głowy i wytrzymać spojrzeń młodych mężczyzn. Ich wrogość oblepiła mnie wręcz, stała się prawie namacalna. Skubałam widelcem w jajecznicy, gardło miałam tak ściśnięte, że nie mogłam przełknąć ani kęsa. Yosef przygotował mi drugą herbatę i postawił na stole.

Pij – rozkazał. – Później pójdziemy do lasu, nad jezioro, może uda nam się odkryć tajemnicę.

Zrobiłam, o co prosił, chociaż napój miał o wiele bardziej gorzki smak niż ostatnio. Po śniadaniu chłopcy poszli do swoich zajęć.

Ojciec mówił, że klątwę ma złamać kobieta, która… – zawahał się. – Jest bezpośrednim potomkiem tamtej wiedźmy. I narodziła się z gwałtu – dodał ostrożnie.

Drgnęłam, a po moim ciele rozprzestrzeniły się nieprzyjemne dreszcze.

Wiesz coś o tym? – zapytał Yosef delikatnie.

Pokręciłam głową.

Nie znałam rodziców. Zostawili mnie na schodach szpitala, nigdy ich nie odnalazłam. Wychowałam się w rodzinie zastępczej wśród wspaniałych ludzi. Nie miałam potrzeby odnaleźć tych, którzy mnie nie chcieli.

Szlag! – zaklął Yosef.

Co jeszcze wiesz?

Niewiele. Przekazy nie są jasne, minęło za dużo czasu. Każdy mieszkaniec wioski dodawał coś do siebie, kiedy siedział przy ogniu i opowiadał dzieciom, jak to było. Luminita, ona wiedziała więcej niż ja, miała dar.

Wiedźma? – zagadnęłam zaciekawiona.

Nie.

Wspomnienie żony Yosefa szczelnie wypełniło chatę, wyglądnęło z kątów ostrymi cieniami, zagarnęło światło słoneczne. Ścierpła mi skóra, wzdrygnęłam się.

Chyba nie jest zadowolona z mojej obecności – mruknęłam.

Yosef zaśmiał się i wrażenie minęło, odgonione jego wesołością.

Nie miała wiele wspólnego z magią. Była racjonalną osobą. Przyjechała tu pewnego lata i została do końca życia. Wielu ludzi natykało się na wioskę i postanawiało się tu osiedlić. Dodawali nowej krwi. – Yosef zamyślił się. – To pewnie też część czaru.

Rozumiem.

Wiesz, moim największym marzeniem jest dać im wolność. Nie powinienem powoływać ich na świat, ale Luminata nie umiała przeżyć bezdzietności. O dziwo wszystkie małżeństwa w tej wsi zawsze miały pełno dzieciaków.

Yosef.

Tak? – Zerknął na mnie, zaciekawiony moim poważnym tonem.

Czy jeżeli uda nam się ściągnąć klątwę, będę mogła zostać twoją żoną?

Nie udało mu się ukryć zaskoczenia.

Czy ty mi się oświadczasz? – wydukał po chwili.

Chyba tak. – Twarz mi zapłonęła. Serce obijało się o żebra w dzikim szale. Dłonie mi spotniały, więc pocierałam nimi o spodnie, dopóki Yosef nie zamknął ich w uścisku. – Jakie to głupie.

Nie, Moniko, zaskoczyłaś mnie – rzekł poważnie. Pocałował moje palce. – Będę zaszczycony.

Wstał, by przygotować nam coś do jedzenia. Nie rozumiałam mojego postępowania, nie myślałam wcześniej o tym, że chciałabym być czyjąś żoną. A na pewno nie mężczyzny, którego poznałam zaledwie kilka dni temu. Yosef krzątał się po kuchni, a ja patrzyłam na niego i wypełniała mnie miłość.

Kocham cię – powiedziałam, chociaż wcale nie zamierzałam.

Obrócił się i uśmiechnął, a w kącikach oczu pojawiły się zmarszczki, które tak uwielbiałam. Podszedł do mnie, wstałam. Dotknął dłonią mojego policzka, a później wplótł palce we włosy.

Kocham cię, odkąd stanęłaś wtedy na skraju wioski i patrzyłaś, jak wiążemy liny. Czułem, że to ty, odkąd tylko cię zobaczyłem. Dlatego podszedłem, ale nie chciałem cię spłoszyć. Ja… – urwał.

Musimy działać. – Pociągnęłam go na zewnątrz.

Słońce stało w zenicie, niedawno minęło południe. Weszliśmy do lasu. Z łatwością odnalazłam drogę do jeziora. Skrzyło się w promieniach słońca, ale coś się zmieniło. Błękitna wczoraj toń zmieniła barwę i jezioro zrobiło się czarne.

Wiedźma – wyszeptał Yosef pobladłymi ustami.

Ściągnęłam ubranie i weszłam do wody mimo protestów Yosefa. Wchłonął mnie odmęt, zamknął się nad moją głową, wodorosty zafalowały, owinęły się wokół moich kostek i szyi.

A więc jesteś – usłyszałam stłumiony przez wodę głos. – Tyle lat czekałam zaklęta w jeziorze.

Dlaczego po prostu nie odeszłaś?

Wraz ze słowami uleciały z moich płuc wszystkie bąbelki powietrza. O dziwo nie tonęłam.

Jeden z gwałcicieli był magicznym, choć nie wiem, w jakim stopniu. Kiedy rzuciłam klątwę, wypowiedział czar wiążący. Zaklął mnie w jeziorze, dopóki moja potomkini nie wróci, by nas uwolnić. Naczekałam się, a moja wściekłość wcale nie minęła.

Twoi oprawcy nie żyją już dawno – powiedziałam.

Tak. – Skrzywiła się. – Czar miał jedną wadę, obejmował tylko pewien obszar, więc ci idioci znaleźli sposób, żeby popełniać te swoje śmieszne samobójstwa – prychnęła.

Co mam zrobić? – zapytałam.

Przez falującą nad naszymi głowami wodę widziałam zniekształconą twarz Yosefa. Wypatrywał mnie, bał się, bo mnie kochał. Czułam ciepło, które rozprzestrzeniło się w mojej piersi i brzuchu. Woda wokół zagotowała się.

Głupia! – wrzasnęła wiedźma. Jezioro zakolebało się, kiedy do mnie podpłynęła. Jej twarz, rozmoczona przez wieki w wodzie, wyglądała jak lane ciasto. Oczy gorzały, kiedy wpatrywała się we mnie z wściekłością. Zawyła. – Zakochałaś się w nim!

Tak – odparłam, a z mojego serca wydobył się płomień, który mimo wody dosięgnął wiedźmy.

Zaryczała. Jej ciało płonęło powoli, zamieniało się w proch, który unosił prąd. Obserwowałam, dopóki nie zniknęła mi z oczu. Wtedy zabrakło mi oddechu. Młóciłam rękami, żeby wypłynąć, krzyczałam, żeby Yosef mnie uratował. Straciłam świadomość.

Ocknęłam się na trawie. Nade mną pochylał się Yosef, a jego zmęczona, poorana zmarszczkami twarz rozpromieniła się, kiedy otworzyłam oczy. W jego włosach zauważyłam kilka siwych pasm, chciałam sięgnąć ich dłonią, ale brakło mi sił.

Odpoczywaj – powiedział i pocałował mnie.

Udało mi się – wychrypiałam. Bolało mnie ciało, które, miałam wrażenie, ważyło tonę. – Udało?

Nie dosłyszałam odpowiedzi.



1(Rum.) Moja miłości

2(Rum.) Mój wybawca/ moja wybawicielka.

3(Rum.) Moja miłość