Kaszel, czkawka, impotencja

Kaszel, czkawka, impotencja

Kaszel, czkawka, impotencja

Maqsud rozejrzał się po zagraconym pomieszczeniu. Spakował już chyba wszystko. Igły, strzykawki i biały fartuch zabiegowy z logo lokalnego szpitala, który wyniósł któregoś dnia z pokoju lekarzy, leżały równo ułożone w sportowej torbie. Raz jeszcze zerknął na zestaw do punkcji lędźwiowej. Grubość igieł przyprawiała go o dreszcze. Spojrzał na zegarek. Brakowało tylko Shekhara.

– Jak zwykle spóźniony. Haraami – wymamrotał w urdu. Drań. Skończony drań.

Zapadł się w zdewastowanym fotelu. Sprężyny wbiły mu się w pośladki, a wypełnienie wyłażące licznymi dziurami drapało go w szyję. Wyciągnął z kieszeni odrobinę naswar i wsunął ją pomiędzy policzek, a zęby. Została mu jeszcze jedna porcja, którą zamierzał nagrodzić się po wykonanej robocie. Później będzie musiał sobie załatwić nową dostawę tytoniu. Nie powinno być z tym problemu.

Zaczął żuć. Powoli, z należytą uwagą, rozkoszując się słodkim smakiem zalewającym mu usta. Jeszcze kilka sekund i odpłynąłby w tę zachęcającą błogość.

– Jestem – oznajmił w urdu Shekhar, przepychając się przez wejście za ciasne dla mężczyzny jego gabarytów. Jego ciemne włosy i pogiętą koszulę pokrywał pył z ulicy.

– Spóźniony – powiedział Maqsud i splunął do stojącego na stercie pudeł wiaderka.

– Ciesz się, że wcale – odwarknął Shekhar. – Nie wiem, po jaką cholerę ściągałeś mnie tu tak wcześnie.

– Szefowi zależy na nowej dostawie – powiedział i przyjrzał się swojemu osiłkowi. Znowu spędził pół dnia w swoim ulubionym burdelu.

Shekhar miał nieprzyzwoitą słabość do kobiet i alkoholu z przemytu. Na jedno i drugie Maqsud przymykał oko tak długo, jak ten do pracy przychodził trzeźwy.

– Po co mu tak właściwie ten towar?

– Nie zadawaj pytań – Maqsud wstał. Był o głowę niższy i o dekadę starszy od Shekhara, ale mimo wszystko ten cofnął się o krok.

Nie bez przyczyny Maqsuda nazywano Sung Choor – imieniem lokalnego i niezwykle jadowitego węża.

Usiedli przy leżącej na stole liście zapełnionej nazwiskami. Z jakiegoś powodu Maqsud nalegał, aby zajmowali się tylko jednym dziennie. W przeciwnym wypadku zarobiliby znacznie więcej, ale Shekhar nie zamierzał ryzykować, wychodząc z taką propozycją.

– Zapoznałeś się ze wszystkimi szczegółami?

Shekhar pokiwał głową. Ugryzł się w język, zanim wyrwało mu się, że byli już u tej rodziny kilka tygodni wcześniej.

Siedzieli w starym magazynie jeszcze kilka godzin. Maqsud skończył żuć tytoń, przepytał Shekhara z jego roli pracownika pakistańskiego ministerstwa zdrowia i raz jeszcze przejrzał zawartość torby, którą zabierali ze sobą.

Kiedy w końcu opuścili zatęchnął bazę wypadową, słońce rzucało długie cienie na wyschnięte trawniki.

Podróżowali wysłużoną toyotą corollą należącą do Maqsuda, który tego samego ranka wymienił w niej tablice rejestracyjne.

Wyjechali z miasta. W zgiełku klaksonów i warkocie zarzynanych silników pokonywali kilometry w stronę miasteczka Phull. Czekały ich dwie godziny drogi w milczeniu.

Maqsud nigdy się nie odzywał, jeśli siedział za kierownicą. Czy to przez natężenie ruchu, czy uzasadnioną obawę, że auto się rozpadnie, nikt nie wiedział. Jednak każdy, kto musiał pracować z Maqsudem, przestrzegał tej niepisanej zasady.

W końcu zaparkowali przed zaniedbanym domkiem, wokół którego biegała boso jeszcze brudniejsza gromadka dzieci. Shekhar zarzucił wypchaną torbę na ramię i kiedy Maqsud zapukał, on posłusznie stanął obok.

Otworzył im wychudły mężczyzna. Bez skrępowania spojrzał im w oczy.

– Czego?

– Dzień dobry, panie Gujjar – odezwał się swoim tubalnym głosem Shekhar. Dzieci zamilkły i przerwały zabawę. Wszystkie oczy na ulicy wpatrzyły się w obcych.

– Spotkaliśmy się już z panem i pana żoną, nazywam się Hassan Baqri, a to mój kolega doktor Abbas Mugheri.

– Tak, tak. Wy z ministerstwa.

Weszli za gospodarzem do środka.

Gujjar posiadał siódemkę dzieci i ani grosza na posag dla najmłodszej z córek. Biedni, niewyedukowani ludzie. Maqsud całymi dniami szukał takich rodzin.

– Ustalmy konkrety – powiedział gospodarz, kiedy wszyscy mieli przed sobą swoje kubki z herbatą. – W zamian za pobranie krwi do… tego.

– Badań – wyjaśnił spokojnie Maqsud grający rolę lekarza.

– Tak, tak. Dostaje za to posag dość dobry, żeby znaleźć jej dobrego męża. Tak?

W głębi pokoju pojawiła się pulchna kobieta. Nie podeszła bliżej, ale nie próbowała nawet ukryć, że chłonie każde ich słowo.

Shekhar wyciągnął z teczki umowę, którą ojciec dziewczyny miał podpisać i wskazał na liczbę u dołu strony. Nikt w rodzinie nie potrafił czytać, ale ze względów czysto praktycznych ojciec nauczył się rozpoznawać liczby. Ta, którą zobaczył, wyraźnie go usatysfakcjonowała.

– Pan Baqri przeczyta panu treść umowy. Ja w tym czasie przygotuję sobie narzędzia do zabiegu.

Jednym uchem słuchał, jak Maqsud recytuje umowę, którą podesłał im jeden z prawników szefa. Kawał dobrej roboty. Na każdej z kartek umieszczono logo ministerstwa, w kilku miejscach podrobiono podpis samego ministra. Kto wie, może nawet był oryginalny. Nie takie rzeczy potrafił załatwić ich szef.

Z drugiej strony, na tych pakistańskich wioskach, ludzie łyknęliby wszystko, co on i Shekhar im wciskali, tak długo, jak któryś z nich zakładał później biały fartuch.

Dwadzieścia minut później było już po wszystkim i Maqsud, już odpowiednio ubrany, wręczył Shekharowi tacę z narzędziami. Ojciec zaprowadził ich do pokoju córki.

Dziewczyna spojrzała na nich sarnimi oczami i kiedy Maqsud do niej podszedł, odsunęła się.

Ojciec wydał jej zdawkowe polecenie i dopiero wtedy znieruchomiała. Drzwi się zamknęły. Zostali sami.

– Do roboty.

Zakasali rękawy. Shekhar położył dziewczynę na łóżku plecami do nich i podciągnął jej sukienkę. W usta wcisnął jej zwinięty kawałek bawełnianej szmaty.

Khamosh – warknął Maqsud do dziewczyny, która, znając życie, rozumiała właśnie tylko w urdu. Umilkła. Ojciec wpoił jej posłuszeństwo.

Świeczki w pokoju rzucały chybotliwe cienie na skórę dziewczyny. Resztka światła wpadająca przez okno uwidoczniła wystające kręgi.

Maqsud przesunął brudnym palcem po jej kręgosłupie. Odnalazł właściwe miejsce. Pobranie krwi, taką wersję przedstawiali rodzinie, kiedy w rzeczywistości przyjechali po płyn mózgowo – rdzeniowy. Ich szef sprzedawał go później na czarnym rynku, gdzie ostatnimi czasy osiągał zawrotne ceny. Później skupowali go szamani i homeopaci, którzy wykorzystywali go do leczenia wszystkiego – od kaszlu, przez czkawkę, aż po samą impotencję. Pobierali zazwyczaj dziesięć kropli. Nieco więcej niż lekarze w szpitalach. Za dziesięć kropli na czarnym rynku dostawało się około siedmiuset dolarów amerykańskich – jedną dziesiątą ceny za gram. Maqsud dostawał z tego sto, sześćdziesiąt dostawał Shekhar. Była to dobra stawka. Pozwalała im i ich rodzinom prowadzić wygodne życie, a był to zaledwie ułamek sumy, jaką przynosili co tydzień do domów.

Khamosh – powtórzył Maqsud, tym razem łagodniej. Igła znajdowała się tuż przy skórze dziewczyny. Jedno pchnięcie dzieliło ich od drogocennego, przezroczystego płynu.

Shekhar skinął głową. Trzymał dziewczynę w żelaznym uścisku. Lewą ręką przytrzymywał jej żuchwę tak, żeby zęby bez przerwy były zaciśnięte na materiale. Dzięki temu jedynie jęczała, kiedy igła milimetr po milimetrze wdzierała się w jej lędźwie.

Tkanki stawiały opór, ale Maqsud robił już to tyle razy, że miał w tym większą wprawę niż niektórzy lekarze. Potrafił bez pudła wyczuć, kiedy znajdował się we właściwym miejscu, żeby podłożyć zakręcaną probówkę.

Wwiercał się igłą coraz głębiej. Dziewczyna zaczęła się trząść. Próbowała się wyrwać. Zerknął na jej nogi, nie naruszył rdzenia, bo najwyraźniej nadal miała w nich władzę. Unieruchomił je własnym kolanem.

Do wylotu igły podłożył probówkę. Wyprostował nogi dziewczyny i wydał jej polecenie. Posłusznie zamarła w bezruchu. Zaczął liczyć krople.

Raz, dwa, trzy. Poruszył igłą, żeby zwiększyć tempo przepływu.

Czwarta kropla nie była już przejrzysta. Piąta była wręcz różowa. Szósta rozwiała jego wątpliwości.

 Dziewczyna krwawiła nadtwardówkowo.

Haraamzada – przeklął w urdu. Wiedział, że to się mogło zdarzyć i wiedział, że mają problem.

Zakręcił probówkę. Wyciągnął igłę i niestarannie zakleił otwór niesterylnym opatrunkiem. Spojrzał na dziewczynę i miał wrażenie, że zrobiła się blada. Przecież nie mogła tak szybko stracić tyle krwi, uspakajał sam siebie. Zaczął pospiesznie pakować sprzęt. Musiał odpowiednio zabezpieczyć pobrany płyn, a to zawsze zabierało dużo czasu. Tym razem za dużo. Mijały minuty i bladość dziewczyny nie pozostawiała żadnej wątpliwości. Jak nic uszkodził jakieś masywne naczynie krwionośne.

– Zwijamy się – powiedział i machnął ręką w stronę drzwi.

Zamknęli za sobą drzwi. Poinformowali ojca, że córka musi teraz dużo odpoczywać. Najlepiej się przespać, co też jej poradzili.

Maqsud już w aucie odkrył, że nadal ma na sobie fartuch. Odwiózł Shekhara, zostawił samochód na jednym z dzikich parkingów w mieście i wziął pierwszy lepszy z wielu skradzionych wozów, jaki miał do dyspozycji. Wrócił do miasteczka, w którym mieszkała dziewczyna. Musiał wiedzieć, czy przeżyła.

Zazwyczaj wysłałby do takiej roboty któregoś ze swoich osiłków, ale tym razem chciał to zrobić sam. Pierwszy raz od dawna przyniósł komuś śmierć. Ręce nadal mu drżały. Sung Choor mówili na niego wszyscy ludzie szefa. Kąsał raz i zabijał na miejscu. Oczekiwanie przywróciło dawną ekscytację, akt ostatecznej dominacji, nagły napływ cudownej adrenaliny.

Czekał. Zupełnie zapomniał o ostatniej porcji tytoniu.

Jeśli dziewczyna umarła, powinien wkrótce zobaczyć lokalnego uzdrowiciela wychodzącego z budynku. Jeśli żyła, powinien zobaczyć ją samą.

Nic takiego się nie działo. Już zamierzał odjechać, kiedy z domu wymaszerował ojciec. Jedno spojrzenie na jego twarz wystarczyło, żeby Maqsud dostał swoją odpowiedź. Dziewczyna nie żyła.

Rozluźnił się. Podekscytowanie mijało.

Mężczyzna szedł w jego stronę, więc obniżył się jeszcze trochę w fotelu. Bez potrzeby, minął go, nawet nie zerkając w stronę auta. Kiedy było to bezpieczne, uruchomił silnik i dyskretnie podążył za ojcem dziewczyny. Dojechał za nim aż pod sam komisariat policji. Dopiero wtedy zawrócił i pojechał do domu. Szanse wykrycia były minimalne. Tablice auta, którym przyjechali, były kradzione, nazwiska zmyślone, a ich rysy tak pospolite, że policja musiałaby przesłuchać połowę największego miasta w rejonie.

Nie o to się martwił.

W tej samej okolicy była jeszcze jedna rodzina, którą chcieli odwiedzić, ale teraz nie byłoby to rozsądne. W tych rejonach plotki, szczególnie takie plotki, szybko się rozchodziły. Musiał znaleźć dla niej jakieś zastępstwo. Nie zamierzał pozwolić sobie na tak kosztowne straty. Interes był zbyt dochodowy, a szef zbyt do niego przywiązany, żeby móc odpuścić aż dziesięć kropli zysku.

Wrócił do domu, gdzie żona i dwie identyczne córeczki czekały na niego z kolacją. Pocałował czule małżonkę, a następnie po kolei uniósł dziewczynki i przyjrzał się im dokładnie. Zawsze śmiały się do niego, kiedy to robił. Przymykał oczy i kiedy stawiał je na ziemi, oznajmiał głośno, że okropnie urosły pod jego nieobecność.

Do kolacji usiadł z jedną z córeczek na kolanach. Siadały tak na zmianę i doskonale wiedziały, czyja kolej wypadała danego dnia. Dzielił się z nimi chlebem, pozwalał napić się kawy z jego kubka, a one odwdzięczały się, dzieląc się z nim słodką herbatą. Miał dla nich niewiele czasu, więc tym bardziej cenił te ich wieczorne rytuały. Po kolacji położył je do łóżka i opowiedział im bajkę na dobranoc. Pocałował każdą w czoło, przegonił potwory i zgasił światło. Kilka chwil spędził z żoną i sam również poszedł spać.

Następnego ranka on i Shekhar byli już u kolejnej rodziny. Tym razem przedstawili się nowymi nazwiskami i pobrali czternaście kropli płynu. Mimo strat z poprzedniego dnia powoli wychodzili na zero.