Po drugiej stronie

Po drugiej stronie

Po drugiej stronie

Las mienił się barwami lata. Szła boso, zwinnie omijając wyschnięte gałązki drzew, zdobiące dywan z mchu. Zbierała czerwone kapelusze, nucąc melodię, którą lubiły, i wrzucała je do wiklinowego koszyka. Słońce zdążyło zniknąć dwa razy za horyzontem, zanim, wyrwana z zadumy, zauważyła, że zaszła za daleko. Niespodziewanie zmienił się nastrój, drzewa nieco pociemniały, a muchomory przestały wyrastać z ziemi tuż przed jej oczami. Wytężyła słuch. Po ptakach też nie było śladu. Czas wracać – zdawały się szeptać liście poruszane wiatrem, a grzybki w koszyku niespokojnie drgały. Jej stopy jednak nie zatrzymały się, ciągnięte jakąś niewidzialną siłą. Szła jak zaczarowana do momentu, gdy przed oczami ukazała jej się biała ściana.

Kraniec lasu nie istnieje – mawiała starszyzna – a jeśli ktoś jednak tenże znajdzie, nie wolno mu powrócić, bo to, co tam zobaczy, nie należy do świata żywych.

Mur był ogromny, biegł daleko, jak okiem sięgnąć i wspinał się wysoko do nieba. Jej wzrok zatrzymał się na drewnianych, spróchniałych drzwiach, obrośniętych bluszczem. Podeszła powoli, tłumiąc lęk i zastukała. Cisza. Stała tak przez jakiś czas, nie mogąc zdecydować, co zrobić. Wreszcie nacisnęła klamkę i zdziwiona łatwością, z jaką ustąpiły zawiasy, wychyliła głowę, zaglądając na drugą stronę. Ku jej zaskoczeniu, za murem ciągnął się identyczny las, o nieco spłowiałych barwach. Dopiero gdy przekroczyła próg, dostrzegła dwie postacie, mniejszą i większą, dziwnie ubrane i trzymające w rękach, podobne do jej, wiklinowe kosze. Patrzyły na nią z rozdziawionymi buziami.

– Tato, mówiłeś, że rusałki nie istnieją – powiedziała mniejsza postać. Większa, próbując zasłonić oczy swojemu kompanowi, kręciła tylko głową w niedowierzaniu.