3. Ulica Pokątna

Mroczna Pani || Venus Potter

3. Ulica Pokątna

   Venus śniła, że Albus Dumbledore przyszedł do niej mówiąc, iż dostała się do Szkoły Magii, gdy nagle rozległo się dzwonienie rozklekotanego budzika. Po omacku machnęła ręką próbując wyłączyć źródło irytującego dźwięku, ale w efekcie zwaliła zawartość przedmiot na twarz. Jednak nie tylko jego. Koło jej policzka leżał pergamin. Uchyliła oczy. Z pieczęcią w kształcie litery „H"? To nie był sen!

Dziewczyna wyskoczyła z łóżka trzymając kurczowo list w ręce. Odłożyła go niemalże z namaszczeniem na półkę, a następnie biegiem ruszyła do łazienki. Piętnaście minut później, ubrana i gotowa do wyjścia pisała kartkę do pani Cole, mówiącą, gdzie poszła.

Potem zawołała mugolską taksówkę. Co prawda, profesor Dumbledore opowiadał o Błędnym Rycerzu, autobusie dla czarodziei, ale jedenastolatka nie miała jeszcze pieniędzy czarodziejów.

Zgodnie ze wskazówkami starca, dotarła do brudnego pubu. Pchnęła drzwi, które ukazały zakurzone pomieszczenie. Jak na tak wczesną porę było dosyć dużo osób. Podeszła do barmana polerującego szklanki, który według Albusa nazywał się Tom i powiedziała:

- Dzień dobry

- Witaj dziecko, w czym ci pomóc? – zapytał uprzejmie Tom.

- Wczoraj profesor Dumbledore powiedział mi, że jestem czarodziejką. Czy mógłby pan dla mnie otworzyć przejście? – spytała dziewczynka przywołując na twarz nieśmiały uśmiech. Niezbyt lubiła zgrywać dziecko, ale chwilami było to najlepsze rozwiązanie.

- Oczywiście panienko – uśmiechnął się barman prowadząc ją na tyły lokalu – Zwróć uwagę na kolejność – dodał stukając różdżką w poszczególne cegły. Te rozsunęły się ukazując przejście. Całe miejsce aż promieniowało magią, a Venus tak nim pochłonięta nie zauważyła nawet, kiedy barman odszedł. Po kilku chwilach przypomniała sobie, że ma mnóstwo rzeczy do kupienia. Otrząsnęła się i ruszyła ku wielkiemu, białemu budynkowi z napisem „Bank Gringotta". Nagle, stanęła jak wryta. Przed bankiem stało dziwne stworzenie – miało ono śniadą, chytrą twarz, spiczastą bródkę, i bardzo długie palce i stopy. Dziewczyna poświęciła dłuższą chwilę przyglądaniu się stworowi, aż wreszcie weszła do Gringotta. Na wysokich stołkach, za długim kontuarem, siedziało ze stu takich dziwnych istot, jak ta przed wejściem, skrobiąc piórami w wielkich księgach rachunkowych, odważając monety na mosiężnych wagach lub badając drogie kamienie przez lupy. W ścianach było mnóstwo drzwi, a przy każdych stały te dziwaczne stworzenia, które wskazywały drogę wchodzącym i wychodzącym klientom, kłaniając im się uprzejmie.

Venus podeszła do pierwszego kontuaru.

- Dzień dobry – przywitała się przywołując na twarz przyjazny uśmiech.

- Idź stąd dzieciaku, bank to nie plac zabaw – burknęła obraźliwie istota. Mimika dziewczyny diametralnie się zmieniła. Rysy wyostrzyły się, oczy pociemniały, a uśmiech zniknął.

- Powiedziałam: „Dzień dobry" – syknęła Potter głosem przyprawionym magią, po czym ścisnęła nią stworzenie, lekko podduszając. Po kilku sekundach wszystko ustało – powrócił miły wyraz twarzy. Jednak istota prędko o tym nie zapomniała. Lekko roztrzęsiona spytała:

- W-w czym m-mogę pani pomóc?

Venus odetchnęła głęboko.

- Chciałabym porozmawiać z kimś o moich finansach – odparła lekko dziewczynka.

- Gryfku! Zaprowadź pannę..? – urwał patrząc pytająco na klientkę.

- Potter. Venus Potter – uzupełniła sama zainteresowana.

- Potter do Gringotta – dokończył stwór, ale uwadze dziewczyny nie umknęły jego oczy rozszerzone z szoku.

Drugie stworzenie milcząco pokiwało głową i gestem nakazało Venus, aby podążyła za nim. Wsiedli do małego wagoniku stojącego za którymiś z setki drzwi, a następnie ruszyli. Po długich kilku minutach zwariowanej jazdy, zatrzymali się przed dużymi, złotymi wrotami z napisem „Dyrektor". Oboje weszli do środka. Było to stosunkowo małe pomieszczenie. Na pokrytych czerwoną boazerią ścianach wisiały obrazy goblinów, a na samym środku pokoju stało mahoniowe biurko, za którym siedział kolejny stwór, wyglądający na starego.

- Pani Potter, przedstawiam pani dyrektora Gringotta, Gringotta MVI, syna Gringotta MV - przedstawił ich sobie Gryfek.

- Dobrze Gryfku, możesz odejść - zezwolił Gringott wskazując ostro zakończonym paznokciem miejsce naprzeciwko biurka, gdzie Venus usiadła.

- W jakiej sprawie pani przychodzi, pani Potter? - spytał uprzejmie.

- Chciałabym się dowiedzieć paru rzeczy

- Słucham.

- Po pierwsze ile mam pieniędzy – zapytała dziewczyna, a w odpowiedzi istota podała jej pergamin pokryty cyframi.

- To wszystko moje? – jedenastolatka aż wytrzeszczyła oczy na widok tych wszystkich zer.

- Pani i pani brata. Jednakowoż pani jest starszą z rodzeństwa, co automatycznie czyni panią dziedziczką rodu Potter. W związku z tym może pani zarządać całym majątkiem, wyznaczyć jego część reszcie rodziny lub kompletnie go pozbawić. Więcej informacji może pani uzyskać z książek. – wyrecytował Gringott.

- Jaka jest waluta w świecie czarodziejów? – zadała kolejne pytanie Venus.

- Waluta używana przez czarodziejów, składa się z trzech różnych monet – złotych galeonów, srebrnych sykli i brązowych knutów. Jeden galeon to 17 sykli, a jeden sykl to 21 knutów, co oznacza, że jeden galeon to 357 knutów. Wokół krawędzi każdej monety znajduje się seria cyfr stanowiących numer seryjny należący do goblina, który wybił tą monetę. – wytłumaczyło stworzenie, a Venus doznała olśnienia – dziwne istoty nazywały sięgobliny.

- Dobrze. Po pierwsze chciałabym wyznaczyć mojemu bratu sumę tysiąca galeonów na ten rok, a w każdym kolejnym aby taka sama ilość pieniędzy wpływała na jego konto. Po drugie chciałabym wypłacić dwa tysiące galeonów, pięćset sykli oraz trzysta knutów. Po trzecie chciałabym wymienić pół tysiąca galeonów na funty, o ile to oczywiście możliwe

- Doskonale, to zajmie około piętnastu minut. Proszę tu podpisać – goblin podsunął dziewczynie pergamin pokazując gdzie ma się podpisać i podając wielkie, orle pióro. Venus szybko złożyła podpis, a kartka na chwilę zaświeciła na zielono, po czym Gringott go zabrał.

Chwilę później do gabinetu wmaszerowało dwóch goblinów. Jeden trzymał szarą torbę, a drugi zieloną. Obie wielkości zwykłej portomonetki, co nieco zdziwiło Venus.

- W szarej torebce znajdują się mugolskie pieniądze, a w zielonej czarodziejskie. Na obie są nałożone zaklęcia zwiększająco-zmniejszajace oraz lekkości. To pierwsze działa tak, że na zewnątrz zajmuje małą powierzchnię, a drugie powoduje, iż nieważne ile włoży pani tam pieniędzy, i tak będzie lekkie – wytłumaczył goblin podając dziewczynie portmonetki. Venus podziękowała, a potem w asyście Gryfka wyszła.

Kiedy znalazła się z powrotem na Pokątnej, ruszyła ku sklepowi „Kufry na każdą okazję". Gdy Venus pchnęła ładne, drewniane drzwi, w oczy rzuciło jej się mnóstwo, mnóstwo, naprawdę mnóstwo kufrów różnych rozmiarów i kształtów.

- Dzień dobry panienko - odezwał się ktoś z boku, a ona błyskawicznie się odwróciła, stając twarzą w twarz z niskim, siwym staruszkiem.

- Dzień dobry proszę pana. Chciałabym kupić kufer do szkoły - przywitała się grzecznie.

- Dobrze panienko...?

- Potter - oczy sprzedawcy rozszerzyły się do wielkości galeona, ale szybko się otrząsnął.

- Jakiego rodzaju życzy sobie panienka kufer? – zapytał.

- Poproszę możliwie jak największy – poprosiła dziewczyna, a staruszek zaczął prowadzić ją od jednego kufra, do drugiego. Jednak żaden mi się nie podoba.

- A ten? - spytała wskazując na czarny, z misternie rzeźbionymi, srebrnymi wężami. Ciekawy wzór.

- Och.. Na ten panienkę chyba nie stać.. - speszył się mężczyzna.

- Cena nie gra roli. - odpowiedziała chłodno, a staruszek nie potrafił ukryć zdziwienia, ale zaczął objaśniać.

- Ten kufer jest najdroższy. Ma pięć komór. W pierwszej jest biblioteka, która może pomieścić ponad milion książek. Wkłada panienka tutaj, w ten malutki regalik, a książka znika. Tutaj jest pergamin, na którym wystarczy napisać tytuł lektury, a ona pojawi się w regaliku. Jak napisze panienka np. 'woda' pokażą się wszystkie książki, w których jest o wodzie. Jeśli chce panienka tak sobie poprzeglądać książki, to wystarczy pchnąć tutaj regalik, a on pokaże kolejny, większy, z książkami. W drugiej jest specjalne laboratorium do eliksirów, ale większość uczniów z pierwszego roku go wogóle nie używa. W trzeciej jest komora na zwykłe przybory do szkoły. W czwartej puste pomieszczenie, które można zagospodarować. Jak widać, jest tu tylko czarny papier, a gdy go się dotknie i wypowie 'wpuść', to wciągnie panienkę do pustego pokoju, który może panienka urządzić według własnego przekonania. Aby wyjść, trzeba powiedzieć 'wypuść'. A w ostatniej, piątej komorze, jak panienka widzi, jest coś w rodzaju jeziorka, z którego nie wylewa się woda. Wystarczy włożyć do niej rękę, i, tak jak w przypadku komory czwartej, powiedzieć 'wpuść'. Znajdzie się wtedy panienka w mieszkaniu, całkiem białym. Będzie tam kuchnia, salon, jadalnia, gabinet, sypialnia, garderoba, łazienka, oraz biblioteka, połączona z komorą pierwszą - wymieniał - Aby zmienić kolor mebli, wystarczy dotknąć ich końcem różdżki oraz powiedzieć nazwę koloru, w który chce się, żeby zmienił. Aby usunąć kolor, trzeba dotknąć różdżką i powiedzieć 'czyść'. - skończył opowiadać sprzedawca i odwrócił się do kolejnego kufra. Prawdopodobnie już miał na końcu języka pytanie 'a może ten?', gdy Venus się odezwała:

- Doskonale. Biorę go - powiedziała głośno, a staruszek odwrócił się do niej ze zdziwieniem.

- Ale to jest bardzo drogie..

- Cena nie gra roli - powtórzyła, lekko zniecierpliwiona.

- Dobrze.. - wymamrotał staruszek.

- 2499,99 galeonów - przeczytał z paragonu trzymanego w dłoni, a Venus szybko podała mu pieniądze i wyszła ze sklepu.

Następnie dziewczyna skierowała się do kolejnego punktu na swojej liście – sklepu Ollivandera. Nie wyglądał bardzo zachęcająco – na wystawie leżała jedna, wyblakła poduszeczka, a na niej spoczywała różdżka. Ciemnowłosa pchnęła drzwi, a gdzieś w głębi sklepu rozległ się dzwoneczek.

- Dzień dobry - usłyszała cichy głos i prawie podskoczyła ze strachu. Jak z pod ziemi wyrósł przed nią staruszek o wielkich oczach, które w półmroku płonęły jak dwa księżyce.

- Dzień dobry – odpowiedziała ostrożnie.

- Ach tak.. Tak, tak myślałem, że niedługo cię tu zobaczę, panno Potter. – staruszek zaczął opowiadać o różdżkach rodziców dziewczyny, a przy tym tak się zbliżał, że Venus cofnęła się o dwa kroki, aby nie stykać się z nim nosami. Potem Garrick (bo tak – według Dumbledore'a – nazywał się ów staruszek) zaczarował taśmę, aby mierzyła długość nosa dziewczyny, ucha, a nawet policzka.

- Która ręka ma moc? – zapytał Ollivander wchodząc pomiędzy półki z cienkimi, wąskimi półkami.

- Prawa – odpowiadam rozumiejąc, że pytał którą ręką się posługuję.

- Spróbuj tę – mężczyzna podał mi magiczny patyk – brzoza, włókni smoczego serca, jedenaście i pół cala.

Venus czując się głupio machnęła nią, a wtedy wazon stojący na biurku sprzedawcy pękł. Ten naprawił go zaklęciem.

- To może ta. Świerk, włos z ogona jednorożca, osiem i trzy czwarte cala – zaproponował podając kolejny patyk.

Gdy tylko dziewczyna dotknęła drewna, Ollivander wyrwał jej przedmiot z ręki podając kolejną, ale to nie uchroniło jednego pudełka, aby się nie wysunęło z regału.

- Grab, włókno ze smoczego serca, czternaście cali – ponownie wyrwał jej różdżkę zanim nią machnęła.

- To może.. – i tak upłynęło pół godziny. Venus czuła jednocześnie zniecierpliwienie oraz zdenerwowanie. Czy żadna różdżka do niej nie pasuje?

- Może.. Nie.. Chociaż, czemu nie? – Garrick zniknął na chwilę wśród regałów, aby powrócić z kolejnym patykiem.

- Ostrokrzew, pióro feniksa, jedenaście cali – poinformował ją. – Jako jedynej różdżki z mojego sklepu posiadam jej bliźniaczkę

Dziewczyna machnęła nią, a wtedy poczuła delikatną iskrę ciepła lecącą jej po kręgosłupie.

- Zadziwiające.. – westchnął Ollivander.

- Co jest zadziwiające? – spytała Venus z zaciekawieniem.

- Rdzeń związał się z tobą, ale nie drewno – wyjaśnił Garrick.

- Da się to jakoś rozwiązać? – zapytała.

- Oczywiście, to tylko bardzo dziwne. – odpowiedział mężczyzna idąc na zaplecze, a dziewczyna podążyła za nim. Tam Ollivander wymruczał coś pod nosem i za pomocą dziwnego narzędzia przypominającego nóż rozciął różdżkę na pół. Ze środka wypadło pióro wyglądające jakby płonęło.

- Weź rdzeń w rękę, a drugą przesuń ponad tymi drewienkami – polecił mężczyzna pokazując kilka kawałków drewna na stole. Venus zrobiła jak kazał, i po chwili poczuła ciepło pochodzące od jednego z nich.

- Ten – powiedziała zdecydowanie, a Garrick lekko pobladł.

- Wszystko dobrze panie Ollivander? – zapytała łagodnie Potter.

- T-tak. R-różdżka będzie gotowa za pół godziny – wyjąkał mężczyzna, a Avadooka wyszła ze sklepu. Gdy znalazła się z powrotem na ruchliwej ulicy Pokątnej, która tak różniła się ze sklepem z różdżkami, ruszyła ku zakładowi madame Malkin. Nienawidziła wybierać sobie ubrań, a wyznawała zasadę, że najpierw te najpotrzebniejsze, potem najgorsze, a na samym końcu te przyjemne. Gdy tylko znalazła się w sklepie, podeszła do niej kobieta – najprawdopodobniej owa Madame Malkin.

- Do Hogwartu kochaneczko? – zaćwierkotała kobieta.

- Tak. Poproszę.. Pięć szat z najlepszego materiału jaki pani ma. – poprosiła Venus decydując się na zakup czterech dodatkowych szat.

- Naturalnie, stań tutaj, muszę zdjąć miarę – Malkin pokazała na stołek, a dziewczyna szybko na nim stanęła. Kobieta zaczęła wbijać gdzieniegdzie szpilki oraz mierzyć, a gdy skończyła, oznajmiła, że szata będzie za pół godziny.

Potterówna wyszła ze sklepu i skierowała się do papierniczego, a następnie do apteki. Tam zakupy zajęły jej dwadzieścia minut, więc skierowała się z powrotem do Ollivandera. Garrick już na nią czekał i blady podał jej drewnianą różdżkę.

- Cis, pióro feniksa, trzynaście i pół cala – wyszeptał pobielałymi wargami. Dziewczyna chwyciła patyk w rękę, po czym machnęła. Ogarnęło ją cudowne uczucie. Zupełnie jakby ktoś oblał ją wiadrem cieplutkiej wody. Z końca różdżki wystrzeliły białe, szare i czarne iskierki, które zaczęły tańczyć radośnie po sklepie, a sama Avadooka niechcący wypuściła magię. Ta zalała ją od stóp do głów, potęgując przyjemne odczucie. Kilka sekund zajęło jej uspokojenie się, a gdy to się jej udało, zauważyła, iż Ollivander jest niezwykle blady i nie może nabrać oddechu od nadmiaru mocy. Szybko wciągnęła swoją magię, a następnie zwróciła się do mężczyzny.

- Ile płacę?

- Trzynaście galeonów.. – wyjąkał Garrick.

- To niezwykle ciekawe.. – dodał już spokojniej.

- Co jest takie ciekawe? – zapytała Venus.

- Pani różdżka jest bliźniacza z tą, która zrobiła pani tę bliznę, a to się nieczęsto zdarza.. – wytłumaczył Ollivander, a Potterówna pokiwała głową z namysłem i wyszła. Zostały jej tylko dwie rzeczy – księgarnia, którą chciała zostawić na koniec, oraz centrum handlowe Eylopa, gdzie można kupić sobie zwierzaka. Tam właśnie skierowała się dziewczyna. Gdy weszła, znalazła się w zakurzonym sklepie, z którego zewsząd dobiegało pohukiwanie, poszczekiwanie, pomiaukiwanie i wiele innych. Jednak uwagę brunetki zwróciła jedna sowa. Siedziała w oddaleniu od wszystkich, a jej kruczoczarne, aksamitne piórka lśniły w promieniach słońca wpadających przez okno. Gdy tylko zwierzę poczuło czyjś wzrok na sobie, błyskawicznie odwróciło się do niej prześwietlając ją swoimi ciemnozłotymi, inteligentnymi oczami. Venus podeszła do niej powoli wyciągając rękę, a sowa zleciała na jej ramię. Miękkie, czarne jak noc skrzydła musnęły blady policzek jedenastolatki gdy lądowała. Dziewczyna lekko dotknęła palcem jej zimnego dzioba w kolorze oczu zwierzęcia.

- Niesamowite.. – wyszeptał ktoś za nią. Venus szybko się odwróciła, a sowa na jej ramieniu nawet nie drgnęła. Osoba, która wypowiedziała te słowa była wysoką, na oko trzydziestoletnią dziewczyną z oczami, w których błyszczało niedowierzanie.

- Coś nie tak? – zapytała łagodnie Venus.

- Nie, wszystko w porządku, ale ta sowa nikomu nie dała się pogłaskać, a jedzenie musieliśmy dawać jej z odległości.. To dziwne, że kogoś polubiła – wzruszyła ramionami sprzedawczyni.

- Aha.. Ile ona kosztuje?

- Sama sowa jedynie pięć galeonów, ale jest jeszcze jedzenie oraz klatka. – odpowiedziała kobieta.

- To poproszę – zdecydowała Potter, a pięć minut później już spacerowała z kufrem, w którym w jednej z komór ukryła Junonę, bo tak nazwała sowę.

Skierowała się do księgarni. Przy dziale zaklęć wzięła trzy książki plus jedna o różdżkach. Z działu historycznego zakupiła pięć lektur, trzy o czasach przed I Wojną Czarodziejów, a pozostałe dwie o tejże wojnie. Gdy dotarła do miejsca poświęconego Transmutacji, wybrała sobie trzy księgi – dwie wprowadzające oraz jedną tłumaczącą co, jak i dlaczego. Z działu o astronomii porwała jedną dodatkową książkę, ale od wróżbiarstwa nie wzięła nic (nie wierzyła w takie bzdury). Zainteresowały ją eliksiry – wybrała sobie aż sześć książek o tej tematyce – co to eliksiry, jak kroić, jakie znaczenie ma dokładne przestrzeganie instrukcji, jaki składnik współgra lub nie z innym, oraz dwie pozostałe o samych eliksirach. Z działu poświęconego zielarstwie zakupiła jedną książkę – niezbyt lubiła ogrodnictwo, ale rozumiała, że to przydatne. Z Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami upodobała sobie cztery książki, plus autobiogtafię Newtona Scamandera, najwybitniejszego magizoologa na świecie. Do swoich zakupów dorzuciła jeszcze po jednej książce ze Starożytnych Runów oraz Numerologii. Ksiąg wprowadzających do świata Magii zakupiła aż dziewięć – w końcu wkraczała w nowy świat, o którym kompletnie nic nie wiedziała.

Gdy skończyła, wydała ponad tysiąc galeonów. Uśmiechnęła się pod nosem gdy zobaczyła rachunek – dokładnie taką sumę pieniędzy wyznaczyła swojemu bratu, a sama przekroczyła ją dzisiaj dwukrotnie.

Kiedy zakupiła już lektury, ruszyła z powrotem do sierocińca. Ponownie pojechała mugolską taksówką i z niechęcią spojrzała na brudny, stary budynek sierocińca. Pchnęła skrzypiące drzwi krzywiąc się na wrzaski dzieciaków z innych pokojów. Wchodząc po schodach dziewczyna skakała po dwa stopnie, a gdy dotarła do swojego pokoju umiejscowiła się na parapecie zaczynając pierwszą książkę – „Czarodziejski Świat – wprowadzenie".

Po godzinie lektury porwała kolejną o tytule „Co i jak, czyli o czym powinieneś wiedzieć wkraczając w Świat Magii".Ta zajęła jej całe sto siedemdziesiąt minut, przynajmniej według zegarka umiejscowionego na jej lewym nadgarstku. Następnie chwyciła inną księgę, na której okładce widniały czerwone literki układające się w słowa: „Pierwsza Wojna Czarodziejów". Pod spodem był dopisek, że lektura nie jest przeznaczona dla dzieci. Venus wzruszyła ramionami otwierając ją. Półtorej godziny później dziewczyna skończyła. Na jej policzkach widniały rumieńce, a oczy płonęły sadystycznym blaskiem.

- Wspaniała książeczka.. – mruknęła do siebie z przerażającym uśmieszkiem. Nie zmieniając wyrazu twarzy zagłębiła się w kolejnej księdze, także o I Wojnie, ale ta już nie była taka ciekawa, opisywała tylko najważniejsze wydarzenia. Tak jej zleciało kilka dni...

4. Hogwarts Express