2. Profesor Dumbledore

Mroczna Pani || Venus Potter

2. Profesor Dumbledore

   Venus przewróciła leniwie stronę w książce, gdy zza otwartego okna dobiegł trzask. Dziewczyna podskoczyła z powodu niespodziewanego dźwięku, a lektura wypadła jej z rąk. Podniosła ją szybko wyglądając za okno, a tam zauważyła dziwnego mężczyznę. Miał on długie, siwe włosy oraz brodę, a ubrany był w ekstrawagancki garnitur ze śliwkowego aksamitu. O dziwo, ruszył w kierunku bramy sierocińca. Jedenastolatka patrzyła na niego, aż dotarł do drzwi. Wtedy, zerwała się z parapetu cicho wychodząc z pokoju u zaczajając się na schodach. Pani Cole rozmawiała z dziwnym przybyszem, ale zasłaniała go tak, że dziewczyna nie mogła dojrzeć twarzy. Bezszelestnie zeszła jeszcze kilka stopni niżej, a tam już mogła nie tylko zobaczyć gościa, ale i dosłyszeć ich rozmowę. Najpierw jednak przyjrzała się dziwnemu mężczyźnie. Na jego czole i w kącikach ust malowały się zmarszczki, ale największe wrażenie robiły oczy. Błękitne, migoczące tęczówki z wesołymi ognikami.

- Pan Dublefor? – zapytała dyrektorka.

- Dumbledore. – poprawił mężczyzna – Jestem w sprawie takiej, jak Toma, ale jak pisałem pani w liście, chodzi tym razem o Venus Potter – od kiedy padło nazwisko dziewczyny, sama zainteresowana zaczęła się mocniej przysłuchiwać rozmowie, natomiast pani Cole zbladła.

- T-takiej j-jak T-toma? – wyjąkała nie starając się nawet ukryć strachu.

- Tak, czy wszystko w porządku? – zapytał łagodnie domniemany Dumbledore.

- Ona.. – tu kobieta ściszyła głos, tak, że Venus ledwo ją dosłyszała – Ona jest taka sama jak on

- Och.. Rozumiem – ogniki w oczach przybysza zniknęły – To może chodźmy do pani gabinetu, żeby o niej porozmawiać – zaproponował. Jedenastolatka ukryta na schodach zwęziła oczy.

- D-dobrze. Tak, tak, chodźmy – przytaknęła nieco niepewnie otwierając drzwi po jej lewej. Gdy tylko zniknęli z pola widzenia, Potterówna wróciła bezszelestnie do pokoju.

- Kim był ten mężczyzna? – pomyślała Venus siedząc na parapecie. Może był on z psychiatryka? Jakimś cudownym doktorkiem, który ma jej pomóc? Znając życie, stara Cole opowie o wszystkich wypadkach z udziałem dziewczyny. Ale nie mają dowodu, iż to ona sprawiła, że króliczek Bena się powiesił, że to przez nią Alice popełniła samobójstwo, że to jej sprawka, iż Ivan boi się własnego cienia.. Ciekawe, czy dyrektorka opowie o tym, jak zabrała Becky i Jacoba do tej jaskini, a potem jak Jacob wszędzie widział pająki, jego aracznofobia sięgnęła zenitu, a Becky tak zaostrzyła się fobia przed ciemnością, iż nie mogła spać.. Ta druga się powiesiła po tygodniu, a pierwszy wytrwał aż dwa.

Tymczasem na dole, z gabinetu pani Cole wychodził sam Albus Dumbledore, dyrektor szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Gdy usłyszał, gdzie Złota Dziewczynka dorastała, natychmiast owładnęły nim złe przeczucia. Szybko jednak ich się pozbył, ale te jak bumerang, silniejsze i bardziej natarczywe powróciły, gdy porozmawiał z dyrektorką sierocińca.

Przepełniony obawami wspiął się na drugie piętro, kierując swe kroki do ostatniego pokoju po lewej. Zapukał delikatnie sygnetem umieszonym na serdecznym palcu, czekając.

- Proszę! – zawołał dziewczęcy, melodyjny głos. Pchnął skrzypiące drzwi, znajdując się w małym pokoiku. Jego wzrok zatrzymał się na parapecie i.. Musiał się bardzo postarać, aby nie wyrazić swojego szoku. Dziewczynka siedząca tam nie była taka, jak się spodziewał. Gdy ktoś mówił „Venus Potter", od razu widział Lily albo Jamesa. Oczywiście, był gotów na różnice, ale to.. Odebrało mu język w gębie. Dziewczyna miała długie, aksamitne, kruczoczarne włosy spływające delikatnymi falami do pasa, mleczobiałą cerę, którą idealnie dopełniały krwistoczerwone usta, ale to oczy zwróciły największą uwagę. Źrenice o kolorze Klątwy Uśmiercającej patrzyły na niego oceniająco. Jednak sekundę później cała mimika dziewczyny zmieniła się. Na twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech, a oczy zamigotały radośnie.

- Dzień dobry panie.. – urwała z zakłopotaniem jedenastolatka.

- Dumbledore. Nazywam się Albus Dumbledore – podpowiedział mężczyzna z dobrotliwym uśmiechem.

- Ja nazywam się Venus Potter. – przywitała się dziewczyna.

- Wiem, drogie dziecko. Przybyłem, aby zabrać cię do specjalnej szkoły – w ułamek sekundy twarz czarownicy zmienia się. Jej spojrzenie robi się ostre niczym lód, twarz pochmurnieje, a sama Magia dziewczyny buzuje gniewnie.

- Kolejny wspaniały doktor, który ma mi 'pomóc'? – spytała lodowato. Albus wzdrygnął się, ale po chwili zmusił się do dobrotliwego uśmiechu.

- Nie, przyszedłem zabrać cię do szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart – odpowiedział Dumbledore.

- Magii? – wyszeptała pobielałymi wargami Venus.

- Magii – przytaknął dyrektor.

- A więc to co potrafię.. To Magia? – nadal szeptała Potterówna.

- Co potrafisz? – zapytał łagodnie Albus, starając nie przejmować się złymi przeczuciami.

- Różne rzeczy – twarz dziewczynki rozjaśnił uśmiech – Mogę przenosić rzeczy nie dotykając ich. Mogę zmusić zwierzęta, aby robiły co ja chcę, bez tresowania ich. Mogę sprawić, że.. – dziewczyna nagle przerwała, jakby gryząc się w język -..że wazony pękają – dokończyła spokojnie, a Albus wolał nie myśleć, co chciała powiedzieć.

- Wiedziałam, że jestem inna – powiedziała po chwili ciszy.

- No i miałaś rację. Jesteś czarodziejką – powiedział Dumbledore z uśmiechem.

- A.. A czy mógłby mi pan pokazać Magię? – spytała po minucie.

Mężczyzna w odpowiedzi wyciągnął różdżkę – nie umknęło jego uwadze, z jaką ciekawością dziewczyna spojrzała na różdżkę – i machnął nią w bliżej nieokreślony sposób. Wtedy, wielka, stara szafa zaczęła płonąć i trząść się. Jedenastolatka zerwała się na równe nogi patrząc z przerażeniem na płomienie liżące drewno. Podbiegła do płonącego przedmiotu, gdy nagle ogień zniknął, ale stukanie jedynie przybrało na sile.

- Coś chce się chyba wydostać z twojej szafy – powiedział Dumbledore z czymś na kształt zmęczenia w błękitnych tęczówkach. Mebel coraz głośniej stukotał, sprawiając wrażenie, jakoby coś odbijało się od ścian. Venus ostrożnie chwyciła klamkę pociągając za nią. Hałas ustał, gdy wyciągnęła małe, kartonowe pudełeczko. Albus gestem zachęcił ją, aby je otworzyła. Po sekundzie wahania dziewczynka otworzyła pudełko wysypując jego zawartość na pościel. Było tam Yo-yo, kolorowy długopis, gumka do włosów oraz kilka innych drobiazgów.

- Masz to oddać właścicielom. W Hogwarcie nie można kraść – poinstruował ją dyrektor, a w jego błękitnych tęczówkach mignęło coś na kształt strachu.

- Dobrze, panie Dumbledore – pokiwała głową dziewczyna zamykając pudełko. Co z tego, że i tak by tego nie zrobiła?

- Jeszcze jedno – przypomniał sobie nagle Albus grzebiąc w kieszeniach swojego garnituru. Po chwili wyciągnął kopertę podając ją Venus. Ta chwyciła ją nieufnie i przełamując lak wyciągnęła dwa pergaminy. Jej oczy przeleciały po linijkach tekstu z prędkością światła.

- Gdzie zdobędę te rzeczy? – spytała.

- Na ulicy Pokątnej. Jak chcesz, któryś z profesorów lub ja z tobą pójdziemy – zaproponował Dumbledore.

- Nie, dziękuję, zwykle zakupy robię sama, więc teraz też sobie powinnam poradzić – powiedziała gładko dziewczyna. – Mam tylko dwa pytania. Jak dostać się na ulicę Pokątną i skąd wziąć pieniądze?

Albus westchnął, bo ta rozmowa przypominała mu inną, w której brał udział pięćdziesiąt lat temu, i w dodatku w tym samym sierocińcu. Jednak szybko wytłumaczył dziewczynie jak dostać się do Dziurawego Kotła oraz Gringotta.

- Masz jeszcze jakieś pytania? – spytał na koniec.

- Tak. Powiedział pan, że znał pan moich rodziców, tak?

- Tak – przytaknął Dumbledore ciekawy, dokąd to prowadziło.

- Jak zginęli? – tego Albus się nie spodziewał. Westchnął ciężko zaczynając opowieść.

- Najpierw musisz wiedzieć, że w naszym świecie trwała wojna. Zapoczątkował ją zły czarnoksiężnik, Lord Voldemort. Uważał on, iż tak zwani „zdrajcy krwi", czyli osoby zadające się z mugolami oraz mugolaki, czyli osoby urodzone w mugolskich rodzinach, nie powinny mieć wstępu do Magicznego Świata. Zabijał on ich. Twoi rodzice byli po przeciwnej stronie barykady, a że byli dość potężni, Voldemort uznał ich za zagrożenie. Tamtego pamiętnego Halloween przybył do waszego domu zabijając twoich rodziców. Gdy skierował różdżkę na twojego brata i ciebie, zaklęcie Uśmiercające odbiło się od waszych czół, pozostawiając wam te blizny, a sam Voldemort zniknął, trafiony własnym zaklęciem. Od tamtego czasu wy, jako Rodzeństwo-Które-Przeżyło jesteście bohaterami Magicznego Świata. – zakończył opowieść Dumbledore. Dał chwilę Venus, aby przyswoiła te informacje.

- Wojna się skończyła? Kto wygrał? Jakie były argumenty obu stron? – zapytała w końcu z beznamiętnym wyrazem twarzy.

- Tak, wojna się skończyła, Jasna Strona wygrała. Co do argumentów.. jesteś jeszcze za młoda, aby się tym interesować – odpowiedział wymijająco starzec.

- Dobrze, rozumiem – powiedziała cicho dziewczyna.

- Jeszcze coś? – spytał Dumbledore.

- Nie, już nic – odpowiedziała.

- Doskonale, w takim razie ja już pójdę – stwierdził Albus. Wstał i wyszedł, a gdy znalazł się poza bramą sierocińca, był tak zamyślony, że nie zauważył pary Avadowych tęczówek śledzących go z drugiego piętra.

.O.O.O.

Kiedy Dyrektor zniknął, twarz Venus rozjaśnił uśmiech. Była czarodziejką! Powoli odsunęła się od okna chwytając list i ponownie studiując jego treść. Będzie musiała pójść nazajutrz na Pokątną, najlepiej wcześnie rano, aby uniknąć tłumów. 

3. Ulica Pokątna