1. Jaskinia

Mroczna Pani || Venus Potter

1. Jaskinia

   Sześć lat. Sześć długich, żałosnych lat odkąd trafiła do sierocińca. Na początku było ciężko – dzieciaki znęcały się nad nią, psychicznie oraz fizycznie. Trwało to całe trzy i pół roku, zanim nastąpił przełom. Wtedy, dosłownie i w przenośni, zwierzyna stała się łowcą.

To jest powodem, dla którego gdy Venus zeszła na śniadanie, dzieciaki umilkły odsuwając się gwałtownie na boki i pozostawiając jej miejsce u szczytu stołu. Dziewczyna usiadła z obojętną maską na twarzy nakładając sobie kanapkę na talerz. Dopiero wtedy rozmowy powróciły, aczkolwiek znacznie cichsze niż przedtem, zupełnie, jakby jeden głośniejszy dźwięk spowodowałby katastrofę. Tak właściwie, to była to prawda, ale skąd postronny obserwator miałby o tym wiedzieć?

Po skończonym posiłku Venus udała się do pokoju. Miał on kształt kwadratu. Po prawej stronie stała wielka, drewniana i stara szafa, ledwo trzymająca się w zawiasach. Obok niej leżało równie stare, co twarde łóżko. Naprzeciwko niego pysznił się duży parapet, na którym zwykle dziewczyna przesiadywała większość dnia, czytając. Tuż obok widniało biurko, na którym była książka odwrócona okładką do dołu.

Venus usiadła na parapecie chwytając lekturę, która całkowicie ją pochłania. Niespodziewanie, wśród niezmąconej ciszy, wśród której słychać było jedynie oddech jedenastolatki, rozległo się pukanie.

W tęczówkach o kolorze Klątwy Uśmiercającej pojawiły się niebezpieczne ogniki. Każdy w sierocińcu wie, iż dziewczynie nie wolno przeszkadzać, gdy czyta.

- Wejść – powiedziała cicho. Drzwi zaskrzypiały uchylając się, a przez nie zajrzał malutki blondynek z burzą loczków.

- P-pani C-cole p-prosi, żebyś z-zeszła na dół. I-idziemy n-na w-wycieczkę – wyjąkał, po czym szybko uciekł. Venus zmarszczyła brwi. Tak, rzeczywiście, dzisiaj mieli jechać wycieczkę nad morze. Dziewczyna porzuciła rozmyślania, wyciągając z wiekowej szafy z lekka nadgryzioną zębem czasu książkę, po czym wrzuciła do niej wcześniej czytaną książkę i wyszła.

- Venus! – krzyknęła pani Cole, dyrektorka sierocińca Wool’s, w którym Potterówna spędziła większość swojego życia.

- Będziesz w parze z Marie – postanowiła wskazując na trzęsącą się brunetkę, z oczami utkwionymi w ziemi, która bała się cokolwiek zrobić, żeby nie narazić się Venus.

- Będę szła sama – zaprzeczyła chłodno wyżej wspomniana dziewczyna, a Cole spojrzała na nią niepewnie, jakby z jednej strony obowiązek kazał jej się kłócić, ale instynkt samozachowawczy twierdził, iż powinna się zgodzić.

- D-dobrze. Marie, dołącz do Emilie oraz Amelie – powiedziała, najwyraźniej podejmując słuszną decyzję i zgadzając się z instynktem.

- No cóż, w końcu każde zwierzę je ma– pomyślała kąśliwie Venus. Nienawidziła dyrektorki, ponieważ ta nie zrobiła NIC, gdy inne dzieciaki ją dręczyły, a mogła. Mogła, ale uznała, że to zignoruje, sprawiając, iż życie jej podopiecznej przez trzy i pół roku było piekłem.

Po chwili, gdy Cole upewniła się, iż wszystkie dzieci są, wyszli przed bramę ponurego sierocińca, a tam czekał już rozklekotany autobus, którego lata świetności minęły już dawno.

Po kilku godzinach jazdy, podczas której wszystkimi rzucało na boki, z powodu starości pojazdu oraz ignorowanych przez Venus piosenek harcerskich dotarli na miejsce. Była to mała wioska, która miała tylko dwie atrakcje – duży, ceglany budynek, nad którym wisiał szyld „Gospoda Morska” oraz rozpadający się zamek, do którego wiodła kręta ścieżynka pełna wybrzuszeń i dziur.

Najpierw, całą grupą podążyli do zamku. Tam przez chwilę pani Cole wykłócała się o cenę biletów, aż wreszcie weszli. Tak właściwie, nie było tam nic ciekawego – ot, parę wyszczerbionych murów. I tak trzy czwarte budowli było niedostępne, bo „groziło zawaleniem”. Po niemalże godzinnym zwiedzaniu tych ruin, wyruszyli dalej. Następnym punktem był spacer po wiosce, w której właściwie także nic nie było. Pięć domów na krzyż, plac zabaw składający się z jednej huśtawki, bo druga była rozwalona, skrzypiącej karuzeli oraz drabinek, na które zabroniono im wchodzić, bo wyglądały, jakby się zaraz miały zawalić. Trzecim, a zarazem ostatnim punktem była Gospoda. Tam podano im obiad – kurczaka i słodkie ziemniaczki. Następnie Cole oznajmiła, iż mają dwie godziny swobody, mogą sobie pochodzić oraz pozwiedzać („Jakby było co” pomyślała Venus).

Mimo, że Potterówna nie zamierzała „Podziwiać krajobrazów”, uznała, że może sobie pochodzić, kto wie, może trafi na coś ciekawego?

Po rozeznaniu się w terenie, zauważyła wąską, niemalże zarośniętą dróżkę za autokarem. Była niemalże niewidoczna, wyglądała, jakby ktoś ją tu niechcący wcisnął, miał zamiar usunąć, ale koniec końców kompletnie o niej zapomniał. Dziewczyna zaciekawiona ruszyła nią. Po pół godzinie przedzierania się przez chaszcze zauważyła morze. A raczej skalne urwisko, pod którym pieniło się wzburzone morze. Nie to jednak przyciągnęło uwagę dziewięciolatki. Tam, gdzie skała stykała się z morzem, widniały dwie jaskinie. Trudno było je zauważyć, albowiem spienione fale co chwila uderzały w brzeg, zasłaniając wejścia.

Chwilę myślała, czy zaryzykować wejście, ale wizja była zbyt kusząca. Powoli, ostrożnie zsuwając się po skałach, zeszła na dół, zapuszczając się do mniejszego otworu. Coś jej mówiło, nie wiedziała – kobieca intuicja, czy dziwna energia, którą z niej wyczuwała, ale była niemal pewna, że w tamtej nie ma co szukać. Woda zmoczyła jej nogawki, gdy zagłębiała się do tunelu, ale nie przejęła się tym. Przez kilka sekund zastanawiała się, jak oświetlić drogę, a potem przypomniała sobie, iż powinna mieć w torbie, którą nadal miała przewieszoną przez ramię pudełko zapałek, które wzięła z Gospody, a dokładniej ze stolika dla palaczy, gdzie dorzucono gratis jedno takie pudełeczko wsadzone do popielniczki.

I miała rację.

Wygrzebała jedną zapałkę, która błyskawicznie zapłonęła jej w dłoni. W jej migotliwym świetle kamienne, śliskie od wody ściany wydawały się większe i straszniejsze. W końcu, dotarła do ogromnej jaskini z podziemnym jeziorem. Chwilę patrzyła na to nieodgadnionym wzrokiem, ale potem na jej twarzy wykwitł sadystyczny uśmieszek. Zapalając drugą zapałkę, bo tamta wygasła, pobiegła do wyjścia. Szybko wspięła się na górę, jeszcze szybciej docierając do autokaru. Tam wypatrzyła swoje ofiary. Becky Bollen oraz Jacob Ivanol. Bezszelestnie podkradła się do nich od tyłu, po czym zasłoniła rękami ich usta. Ci odwrócili się przerażeni.

- Za mną – syknęła lodowato, a dwójka siedmiolatków sparaliżowana strachem, podążyła za nią. Ich przerażenie wzrosło jeszcze bardziej, gdy zobaczyli tunel. Na skraju omdlenia znaleźli się, kiedy dotarli do jaskini.

- S-strasznie t-tutaj – wyjąkał Jacob, nie potrafiąc już dłużej ukryć trzęsących się kolan.

- Nie – Venus odwróciła się do nich z błyskiem w oku – Tu jest idealnie

2. Profesor Dumbledore