Wiedźmi czas

Wiedźmi czas

Wiedźmi czas

Szara mgła spowijała okolicę, kiedy między dziwnie powykrzywianymi, czarnymi drzewami była ciągnięta zdobycz. Wielki, spaczony dzik o kłach wielkości dłoni dorosłego mężczyzny, zostawiał za sobą wygniecioną ścieżkę. Jasnoróżowe kosmyki włosów wypadające z koka fruwały niespokojnie, gdy postać o delikatnych, młodych rysach rozglądała się za drogą powrotną.

Dziewczyna przemierzała Splugawioną Puszczę, nie obawiając się żadnej z bestii, które z przyjemnością pałaszowała o każdej porze dnia. W końcu magia to magia, nie istotne, że pochodząca z chaosu, a wiedźma potrzebowała czymś więcej wyżywić swój organizm. Nieśmiertelność nie trzymała się w końcu jej ot, tak.

Usłyszała krzyk, ostatnimi czasy mieszkańcom okolicznych wiosek zdarzało składać ludzkie ofiary, wierząc, że bogowie naprawią ich błędy, przez które powstało to miejsce.

Kobieta przewróciła swymi oczami, coraz to bardziej powątpiewając w inteligencję ludzi i szarpnęła mocniej wieloma kilogramami mięsa, chcąc przyspieszyć swój marsz.

Odwróciła się gwałtownie, kiedy  cieniutki pisk pojawił się praktycznie obok niej, a zza krzaków wypadło dziecko. Chłopiec miał całe porwane ubranie, na ciele formowała się cała mozaika ran, siniaków. Od razu dopadł do niej i łapiąc się kurczowo za jej długą suknię próbował niby schować się przed potworami.

Nie minęło wiele czasu w pojęciu czarownicy, a codzienność przestała być nużąca, gdy dziecko szwendało się po jej domu, zadając wiele pytań. Dni miały, a wiedźma z każdym coraz to milej opiekowała się nim. On natomiast odwdzięczał się, przygotowując jej coraz to pyszniejsze posiłki.

Był deszczowy dzień, cała puszcza zamarła, kiedy dziewczęca buzia roniła łzy, nad umierającym dzieckiem. Pomarszczona twarz uśmiechała się do niej, oddając ostatni oddech.