Żmij

Żmij

Żmij

   Mówiono, że krył się w gęstwinie leśnych krzewinek, w pobliżu potoków górskich lub w borach sosnowych, gdzie strzegł go sam Dziad Leśny, Wichrem również nazywany lub Leszym we wschodnich krainach.

   Gdy dzień był wystarczająco ciepły Żmij oplatał ogonem spróchniałą szyję starca i kładąc gadzi pysk na omszałym ramieniu wędrowali przez listowie. Czasem też nosił go na grzbiecie i wzbijali się na kilka chwil ponad zielone korony, by gajowy mógł czuwać nad bezpieczeństwem swych domowników.
   Często dotrzymywałem im towarzystwa lub patrzyłem z gałęzi, jak wirują między chmurami wraz z porywami wiatru.
   To był naprawdę wspaniały widok.
   Żmij jednak budził lęk i przerażenie, choć nigdy nikogo nie skrzywdził - każda zwierzyna wiedziała, że jako jedyny nie zabijał nawet wtedy, gdy był głodny.
   Ludzki umysł, gdy przyćmiewa go strach i niezrozumienie, potrafi omamić zmysły i zasiać zamęt w duszy, dotrzeć do samego dna trzewi. Gdyby rozumieli, Żmij nigdy nie opuściłby swojego domu.
   Sfrunąłem z gałęzi i przemknąłem zwinnie między szerokimi źdźbłami.
   Tam, gdzie pola porastały jarzmianki i wrzosy pozostały jedynie odciśnięte ślady łap - trzy głębokie wgniecenia w rozmokłym podłożu.
   A potem rozłożył skrzydła i odleciał.
   Głupi ludzie przegonili ostatniego smoka.
   Mówili, że widziano go, jak odlatuje ponad szczyty gór, jak znika we mgle, a jego ryk roznosił się podobno jeszcze przez wiele dni.
   To kłamstwo.
   Tamtego poranka nie widziały go żadne ludzkie oczy, jedynie zwierzyna żegnała się rozpaczliwym skowytem.


   Ja również niedługo odlecę.