***

Hyaku-monogatari

***

Kiedy Steven rzucił hasło: „nuda!”, koleżanka z wymiany zaproponowała zabawę mającą nas upodobnić do samurajów.

My, naiwne dzieci, wyobraziliśmy sobie bitwę na patyko-miecze w ogrodzie.

O zmroku pogasiliśmy światła. Usiedliśmy w kręgu.

– Nazywali ją hayaku-monotagari, czyli sto opowieści z dreszczykiem.

– Pewnie nikt nigdy do tylu nie wytrwał – zakpiłem.

– Zgadłeś. Zwykle kończono na przedostatniej. Z obawy przed tym, co się wydarzy, jeśli doprowadzi obrzęd do końca. Chodziło o wywołanie ducha.

Zapaliła świeczki w lampionie oklejonym niebieską bibułą. Posłała nam prowokacyjny uśmiech.

Nie pękliśmy.

– Zacznę. Oto opowieść o ciężarnej utopionej w studni.

***

Ilekroć wybrzmiała opowieść, zdmuchiwaliśmy jedną świeczkę.

***

Około drugiej w nocy spostrzegliśmy, że narracja Reiko różniła się od naszych, multiplikujących legendy o facecie z hakiem zamiast ręki.

Mówiła o kobietach dokonujących zemsty zza grobu.

– Odsłonił welon. Zobaczył twarz zamordowanej żony.

– Jej cień towarzyszył mu także za dnia.

– Słyszeli skrobanie z szafy.

Wreszcie ekipę zbudziły schematyczne, blade upiory z niechlujnymi włosami. Dziewczyny zaczęły ziewać, jednak Japonka zabroniła opuszczać pokój. Chyba serio chciała, aby „duchy” podeszły bliżej. Wariatka.

– Samaro Morgan, litości – marudziłem, pocierając oczy.

Straciłem rachubę, ale po gęstniejącym mroku wnioskowałem, że zostały nam dwa lub trzy opowiadania.

– Prześladowała ją do końca życia.

Pochyliła się nad lampionem. Zapadły ciemności.

A więc pomyliłem się. Szczęśliwie dobrnęliśmy do setki.

Piski ustąpiły miejsca nerwowym chichotom.

– Stara, prawie się zeszczałam!

Wstałem, trzaskając stawami kolanowymi.

– Czekamy. – W głosie Reiko dało się uchwycić poruszenie.

Deski w domu zaskrzypiały.

Usłyszeliśmy brzęk tłuczonego szkła. Dochodził z korytarza, gdzie wisiało lustro.

Pytanie odmalowało się na naszych twarzach.

Japonka zaczerpnęła głośno powietrza.

Idzie.