Jeszcze raz

Jeszcze raz

Jeszcze raz

 

Jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz.

Non stop.

Słuchawki na jego uszach tłumiły głosy na tyle, że nie słyszał pojedynczych słów.

Kłócili się w salonie, a może w kuchni. Nie miało to znaczenia.

Kiedy był młodszy, kierowany jakimś zwierzęcym instynktem, chował się pod szafką w łazience, albo w samym rogu swojego łóżka, tak że jedno i drugie ramie było starannie przyciśnięte do ściany.

Zdjął słuchawki. To, że nie słyszał słów napędzało strach i coś na kształt poczucia winy, że jego na wpół świadoma manipulacja prowadziła do tego, co działo się poniżej. Jednocześnie miał nadzieję, że to będzie już koniec, że któreś z nich rzuci karty na stół i po raz któryś wypowie słowo: rozwód. Przez całe jego dzieciństwo to słowo padało, jednak na tym się kończyło.

Pierwszy raz przeczytał je w notesie ojca, razem ze słowami "to chyba koniec", później słyszał jak matka zwierza się swojemu bratu –„to nie uczucie Tom, to już tylko przyzwyczajenie.”

Tak bardzo chciał  się już wyprowadzić. Od dawna twierdził, że to będzie równoznaczne z końcem ich małżeństwa. Kilka lat później pierwszy raz usłyszał: „a potem się rozwiedziemy”. Czekał na ten dzień. Nienawidził tego dnia. Bał się go. Zadziwiała go ilość emocji krążących wokół tego jednego, magicznego słowa. Nie sądził, że można czuć tyle na raz. A jednak.

Piętro niżej coś huknęło. Ktoś trzasnął drzwiami. Nie spodziewał się, żeby na tym stanęło. To było dopiero preludium, a on odkrył, że wciska się głębiej i głębiej w kąt.