"Dzień dobry, Maleństwo"

"Dzień dobry, Maleństwo"

"Dzień dobry, Maleństwo"


 

                Powtarzali, że się nie uda; że przecież lekarz wie lepiej. A mówiła, że nie ma szans. Chłód to jedyne, co czułam w jej gabinecie. Przeraźliwy, wstrząsający. Przeszywał do szpiku kości. Pani doktor młodość miała już dawno za sobą. Zamiast planować jutrzejszy obiad czy to, gdzie w tym roku pojedzie na wakacje, powinna była zacząć zastanawiać się nad końcem swojej marnej egzystencji. Chłód miała też w głosie. „Królowa Lodu”, pomyślałam, patrząc jej głęboko w oczy. Nadzieję chciałam w nich zobaczyć.

                 – Usuń – zawyrokowała. – Nie ma szans. Nie rośnie.

                Przez ułamek sekundy w lodowatym spojrzeniu pojawiła się satysfakcja. Dzika, nieludzka. Podobne słowa wypluwała spomiędzy zaciśniętych ust, regularnie co poniedziałek. Dwa tygodnie, dwa poniedziałki. Czas, kiedy szeptałam ci błagania do niewykształconych jeszcze, malutkich uszu: „Nie umieraj, nie umieraj”.

                Noce stały się jakby ciemniejsze. Mrok gęstniał w pustej sypialni. Zalegał na ścianach, spływał na wykładzinę. Kładł się obok mnie, otaczał nieistniejącymi ramionami. I tylko jej głos: „Umrze, umrze, umrze”.

               W ostatni poniedziałek przekroczyłam próg gabinetu z duszą drżącą na lewym ramieniu. I znowu to zimno… I chociaż nadziei nie było wtedy w syczącym głosie Królowej Lodu, to kiedy padły ostatnie słowa, obudziła się we mnie. Ledwie tląca się iskierka.

             – Nie. – Królowej Lodu wypowiedziałam wojnę.

             Jej rechot niósł się po długim, białym korytarzu. „Będziemy walczyć”, powtarzałam w duchu.

             Uzbroiłam się w siłę niewyobrażalną, matczyną. Wierzyłam, że jeszcze kiedyś będziemy szczęśliwi.

             – Dzień dobry, Maleństwo – rzekłam. Dotknęłam różowych paluszków zaciskających się na moim palcu. – Dzień dobry, Synku.


Uwaga: Historia jest wytworem mojej wyobraźni.Wszystkie podobieństwa do osób oraz zdarzeń są przypadkowe.