[1]

Wezwanie | Narnia [Zuzanna]

[1]

Pewna staruszka zasypiała w fotelu z albumem otwartym na kolanach. Przeglądała zdjęcia swoich rodziców ze ślubu, jej rodzeństwa, portret taty z czasów, gdy służył w armii. Miała już bardzo słaby wzrok i okulary niewiele jej pomagały.

— Czy to pani w młodości, pani Pevensie? — zagadnęła ją Anna, pochylając się nad albumem. Musiała mówić bardzo głośno, aby staruszka ją słyszała.

Anna była sąsiadką tej kobiety przez wiele lat, jej mama zapraszała ją do ich domu na podwieczorki. Zaczęła jej pomagać, gdy stało się dla niej jasne, że pani Zuzanna nie ma już nikogo innego, kto mógłby się nią opiekować.

Dziewczyna wskazała na zdjęcie przedstawiające panią Pevensie z jej młodszą siostrą. Obie miały na sobie sukienki sięgające do kolan, roześmiane twarze i włosy rozwiane przez wiatr. Stały na moście i trzymały się za ręce.

— Byłyśmy wtedy nad morzem, z rodzicami — wyjaśniła, a jej twarz rozjaśnił uśmiech. Pogładziła czarno-białą fotografię palcem. — Moja siostra, Łusia bardzo lubiła pływać — dodała, przenosząc spojrzenie na Annę.

Kobieta usiadła obok niej, odkładając miotłę na bok i powiedziała:

— Wyglądacie na bardzo szczęśliwe. — Przesunęła palcem po albumie i wskazała na inne zdjęcie, przedstawiające całą czwórkę rodzeństwa. — A jacy byli pani bracia?

— Uwielbiali rywalizować. — To mówiąc, zaśmiała się. — Ten jasnowłosy to Piotr, był z nas najstarszy. Był odważny i odpowiedzialny, zawsze starał się o nas dbać — wyjaśniła. Po chwili pogładziła róg fotografii, wskazała niższego z braci i dodała: — Młodszy miał na imię Edmund. Kiedy byliśmy mali, lubił zachodzić wszystkim za skórę. Potem spoważniał, może nawet bardziej, niż Piotrek.

— Czy mogę spytać... — zaczęła nieśmiało Anna — jak zmarli?

Staruszka zamyśliła się. Odłożyła album na stolik i odparła:

— Zginęli w wypadku.

— Bardzo mi przykro.

— Mi też było przykro. — Kobieta nagle ożywiła się. — Zginęli wszyscy, a ja zostałam tutaj.

Wydała się Annie bardzo zdenerwowana, dlatego nie ciągnęła tego tematu. Domyślała się, że stracenie rodziny tak nagle musiało być dla niej wielką traumą.

— Wiesz, nie żałuję, że nie ma ich tutaj — dodała po chwili, podniosłym tonem. Zupełnie, jakby chciała przekazać jej coś bardzo ważnego. — Po prostu żałuję, że nie ma mnie z nimi.

Annie nawet przez głowę nie przeszło, że te słowa mogą mieć głębsze znaczenie.

— Przeżyliśmy kiedyś piękne przygody — powiedziała, wpatrując się w jeden punkt.

— Opowie mi pani o nich?

— Dużo podróżowaliśmy. Bawiliśmy się i... mierzyliśmy się z różnymi wyzwaniami.— Zamyśliła się, jakby chciała sobie coś przypomnieć. — Koniec końców zawsze wychodziliśmy cało z każdej sytuacji. Mam nawet pamiątkę z tamtych czasów. — Kobieta wyjęła z szuflady mały dzienniczek. Pomiędzy stronami chowała się zasuszona, czerwona róża. — Nie mogę jej wyjąć, bo pokruszy się w moich palcach ze starości. Dostałam ją dawno temu od pewnego młodzieńca.

Dziewczyna wzięła od niej notatnik i przyjrzała się kwiatu. Ta historia wydała jej się bardzo romantyczna.

— Co się z nim stało? Czy ten mężczyzna został pani mężem?

— Cóż, nie. Wyszłam za mąż o wiele później, moja droga — wyjaśniła z uśmiechem. — Niestety nie wiem, co się z nim stało.

Zapadła chwila ciszy, którą postanowiła przerwać Anna.

— A jak przeżyliście wojnę? To musiało być straszne przeżycie.

— Mama wysłała nas na wieś. Tam przeżyliśmy najpiękniejszą przygodę w swoim życiu. — W oczach pani Pevensie zalśniły łzy, a ona sama zamilkła.

— Chętnie o niej usłyszę — zachęciła Anna, nagle zaintrygowana.

Staruszka uśmiechnęła się pobłażliwie.

— O tym opowiem ci innym razem. Czuję, że zaraz zasnę. To chyba czas mojej popołudniowej drzemki.

Dziewczyna odprowadziła staruszkę do jej sypialni i przykryła ją kocem, gdy się położyła. Pani Pevensie odłożyła okulary na szafkę i po kilku chwilach zasnęła.

Miała bardzo dziwny sen.

Wszystko zaczęło się od budzika, którego przecież pani Zuzanna nie posiadała. Nie potrafiła go nawet wyłączyć, więc wstała, tak jak tego od niej oczekiwał.

Nie mogła sobie jednak przypomnieć, po co go ustawiła. Nie oczekiwała przecież żadnych gości, a z lekarzem była umówiona dopiero za tydzień.

Jej rozmyślania przerwał dzwonek do drzwi, wraz z którym umilkł budzik. Staruszka chwyciła swoją laskę, która czekała na nią w korytarzu i ruszyła do wyjścia. Przezornie spojrzała przez wizjer, ale nikogo nie ujrzała. Przez myśl przeszło jej, że to tylko czyjeś wygłupy.

Po chwili znowu rozbrzmiał dźwięk dzwonka, który tym razem brzmiał jak wycie rogu. Kobieta otworzyła drzwi.

Ujrzała w nich swoją młodszą siostrę, tę samą, która wiele lat temu pierwsza otworzyła drzwi przedziwnej szafy.

— Łusiu, co ty tu robisz? — spytała. Nie pomyślała nawet o tym, aby zapytać jakim cudem żyje. Bez wątpienia był to sen.

Dziewczynka jej nie odpowiedziała, tylko uśmiechnęła się szeroko i pociągnęła ją za rękę. Wtedy klatka schodowa zaczęła zmieniać się w oczach pani Zuzanny. Teraz porastały ją trawy i kwiaty, sufit stał się bezkresnym niebem, a szare ściany budynku obrosła kora. Staruszka zaczęła się zastanawiać jak to możliwe, że to wszystko widzi, skoro nie założyła okularów.

Im dalej szły w las, tym łatwiej kobiecie stawiało się kroki. Już po kilku minutach mogła wyrzucić laskę gdzieś pomiędzy drzewa. Zaczęła również się śmiać, wtórując siostrze, a ten grymas zepchnął z jej twarzy wszystkie zmarszczki.

Nim spostrzegła, przestały ją boleć plecy i mogła się wyprostować. Gdy wbiegła z siostrą na wielką polanę, jej włosy na powrót stały się ciemnobrązowe.

Wtedy zobaczyła wszystkich dawnych przyjaciół z dzieciństwa. Państwo Bobrów, fauna Tumnusa, centaury, Ryczypiska, Truflogona, karły, driady i zwierzęta. Jej kuzyn Eustachy siedział na ziemi i żywo rozprawiał z jakąś dziewczynką.

Gdy ujrzała swoich braci, rodziców i Kaspiana, walczyła ze łzami. Objęła wszystkich po kolei i wycałowała, nie mogąc przestać się śmiać i płakać jednocześnie.

Aslan wyrósł przed nią, stojąc teraz w niezwykłym blasku. Patrzył na nią pobłażliwie i miękko, ale jednocześnie, jakby chciał ją zrugać. Zupełnie jak ojciec.

— A-Aslanie, ale jak to... — zaczęła Zuzanna, której głos znów był miękki i dźwięczny, jakby nadal miała szesnaście lat.

— Kto raz został królem w Narnii, na zawsze nim pozostanie — odparł i położył łapę na jej sercu. Po chwili zapomniała o wszystkich troskach i smutkach, zapomniała o bólu.

Nigdy więcej się już nie obudziła.