Najkrótsza słomka

Zbiór: Mikrohistorie

Najkrótsza słomka

Spojrzałem na drzwi hangaru i zachciało mi się płakać. Nie, nie płakać. Wyć. Wyć ze zrezygnowania, złości i bezsilności. Ten pieprzony hangar zajmował powierzchnię kilku kilometrów kwadratowych. Będę tutaj przynajmniej do jutra. Jest wielki – pomyślałem. Jak… Jak… Jest wielki w chuj.

Widzicie, znowu wylosowałem najkrótszą słomkę. Znowu. Dlaczego to ja miałem takiego pecha? Dlaczego zawsze padało na mnie?

Wyskoczyłem z grawitona i narzuciłem sobie torbę na plecy. Ważyła chyba z tonę. Poprawiłem pancerz na piszczelach i upewniłem się, że naramienniki są mocno przypięte do pancerza szturmowego. Dwa razy sprawdziłem hełm i mocowanie ekranu z pleksiglasu, po czym podniosłem tarczę klatkową. Dwa, trzy razy szybko machnąłem ręką, sprawdzając czy dobrze leży. Była krótsza niż zwykła tarcza ochronna – nadawała się idealnie na te pieprzone wąskie korytarze. Wibromaczetę naładowałem prawie na sto procent, podobnie zresztą jak pistolet aeromiczny.

– Kotoszczury – wymruczałem pod nosem, grzebiąc przy przełączniku radiowym. – Wielkie niczym krowy. Centrala, odbiór?

Ale to nie kotoszczurów bałem się najbardziej. O nie, nie. Te paskudztwa były powolne i odstraszał je dźwięk zwykłego brzęczka sonicznego. Musiałbym mieć ogromnego pecha, żeby narobiły mi problemów. Bałem się stójek cieniowych. Płazków. Kakaraluchów. Oraz skorków. Dwumetrowych megaskorków, które pod wpływem promieniowania zyskały jakiś siódmy zmysł.

I drugą żuwaczkę wypełnioną zębami.

– Centrala, odbiór?

Dlaczego zawsze padało na mnie – powtórzyłem swoje pytanie i wyciągnąłem pierwszy list z torby. Szlag by cię trafił... Jagodo Mazak, szlag by cię trafił! Nie odważyła się otworzyć listu i teraz musiałem odnieść go do magazynu przesyłek niedostarczonych.

– Odbiór. Masz zgodę na rozpoczęcie, bez odbioru.

Cicho, cicho sza